Moj pierwszy dzien na Obczyznie.

W Klubowej dyskusji padl pomysl, by przed dwa wiosenne miesiace (haha wiosenne… u mnie dzis padal snieg) opowiadac Wam drodzy czytelnicy o naszych poczatkach w nowy kraju. W pierwszym odruchu po prostu chcialam Wam opowiedziec o dniu kiedy z bambetlami, autem, dwoma kotam i Fordziem Mondeo przeprowadzalismy sie na nasza Polnoc. Prawie rozwodzac sie po drodze. Zaciekawieni? Jeszcze do tego wroce. Ale zanim nastapil TEN dzien byly inne pierwsze dni. Czy pierwszych dni moze byc wiecej niz jeden? Wg mnie moze 😉

Pierwszy pierwszy dzien to pewien chlodny, pieknie zimowy, grudniowy dzien Roku Panskiego 2007, 9 miesiecy przed dniem ostatecznej operacji P jak przeprowadzka. Dzien kiedy wraz z grupa lekarzy zwerbowanych przez Paragone i ich drugimi polowkami pierwszy raz w moim ponad 30-letnim zyciu polecialam samolotem, nie tylko jednym ale nawet dwoma do Szwecji.

Czemu dwoma? Nooo bo to w p….du daleko mili Panstwo, haha, z czego dzieki samolotom nie do konca wtedy zdawalismy sobie sprawe. Wieczorem jedna hopka z Okecia na glowne lotnisko Sztokholmu Arlanda, potem przygoda z udzialem kierowcy busa (ktorego w stolicy teoretycznie nie mialo prawa byc bo jako jeden z niewielu Szwedow – nie mowil plynnie po angielsku a my wtedy jeszcze nic a nic po szwedzku i tak to wywiozl nas do nie tego hotelu zawierajacego w nazwie slowa klucz Hotell Arlanda… w ten to sposob szybiutko dowiedzielismy sie, ze wokol lotniska jest tych hoteli kilka… budynki nam sie nie zgadzaly, podejrzenia wzbudzily male domki zamiast nowoczesnego budynku ze stali i szkla,  na szczescie obsluga hotelu jezykiem Szekspira juz operowala, dogadalismy sie, zetknelismy ze szwedzka checia niesienia pomocy i wlasciwy bus sprawnie zabral nas do naszego hotelu)… Kolacja, dlugie wieczorne Polakow rozmowy. I kolejnego ranka, juz duzo mniejszym wirnikowym samolotem hopka druga, polecielismy na pln Szwecji – gdzie wielu Szwedow z poludnia nigdy nie postawilo i nie postawi swoich stop w eleganckich miejskich bucikach 😉

I tak to za moj drugi pierwszy dzien w nowej Ojczyznie uznaje pierwszy dzien w Norrland. Bo to jednak jest inna Szwecja. Niby w srodku tego dlugiego kraju a jednak juz traktowana jako gleboka polnoc. Spedzilismy w niej za pierwszym podejsciem cale/tylko 24h i byl do bardzo, bardzo intensywny dzionek. Postanowiono zadzialac psychologicznie, zachwycic nas i zakwaterowano nas w hoteliku mysliwskim na gorze Hallstaberg, wystrojem rodem z PRL… a nieee to nie ten kraj, ale lata 80-te, za to z tzw widokiem.

Pora roku idealna, grudzien, juz adwent z wszystkimi swiatelkami w oknach, okolica pieknie osniezona jeszcze wciaz stosunkowo niewielka iloscia pieknego, bialego, czystego puchu, ktorego w grudniu kazdy Polak jest spragniony. Snieg skrzypial pod stopami, policzki zarozawial lekki mrozik. Obwieziono nas po okolicy, pokazano szpital, w ktorym kilkoro z nas mialo pracowac, zaproszono na spacer i obiad. W miedzyczasie maglowano nas na tzw jobbintervju czyli rozmowach o prace. Wieczorem moglismy z gory podziwiac swiatla miasta.

Jakie uczucia towarzyszyly nam tego dnia? Zadza przygody,  chec zmiany, zaciekawienie, troche rywalizacja, bo na 2 miejsca zaprosili 4 lekarki, ale i przerazenie, bosz gdzie my jestesmy. Ale ludzie wygladali calkiem normalnie, co prawda mowili w dziwnym, niezrozumialym jezyku, ale z wiekszoscia (poza wspomnianym arlandzkim kierowca) dalo sie pogadac… Wiedzili co robili, zauwazyli miete miedzy mna i Niamka i to nam dwom zaproponowali te miejsca w pierwszym podejsciu… Mysle, ze nasza rodzaca sie przyjazn ulatwila nam podjecie decyzji o przyjeciu tej dalekopolnocnej propozycji i przyczynila sie do tego, ze wciaz jeszcze tu obie po ponad 8 latach jestesmy. Jeeeszczeeee…

Pierwsze 6,5 miesiaca spedzilysmy jednak wspolnie w szkolnej lawie, kujac szwedzki i z czasem coraz lepiej rozumiejac przynajmniej podstawy tego dziwnego jezyka, zlepka wyrazow i zasad gramatycznych podobnych do niemieckiego, z domieszka angielskiego… Potem czekalo nas zapakowanie calego, moze niezbyt rozleglego ale jednak dobytku w worki, kartony i pudelka. wspomniany wyzej Mondzio mogl pomiescic tylko nas, koty, troche ubran i drobiazgow. Na szczescie wiedzielismy, ze w wynajetym na odleglosc mieszkaniu czekaly na nas podstawowe przynajmniej meble i sprzety (ktore okazaly sie byc w calkiem niezlej kondycji i 2 lozka z tychze wciaz sa z nami)…

Jak wyjezdza sie z kraju z zamiarem nie wracania na stale juz nigdy? Trudno. Pewnie nie tak trudno jak Ci co musieli uciekac czy dostawali bilet z jedna strone bez powrotu i mozliwosci kontaktu z Rodzina. Ale i tak latwo nie bylo. Pozbylismy sie czesci sprzetow, ubran, drobiazgow (wyrzucenia drucikow, srubek, gwozdzikow Radek dlugo nie mogl odzalowac), przesortowalismy ubrania. Byla okazja oddania malych dzieciecych ciuszkow i zabawek, z zalem w sercu, bo wtedy jeszcze marzen o drugim dziecki calkiem nie porzucilam… Byla tez gdzies gleboko w sercu swiadomosc, ze choc chcielismy tego uniknac to od czegos uciekamy. Od sytuacji w Polsce, politycznej, z sluzbie zdrowia, w korporacjach…Od brania kredytu we frankach na wiele lat na M3 w Legnicy. Pewnie na swoj sposob tez i od tego miasta, w ktorym sie wychowalismy i znalismy jak wlasna kieszen, ale ktore jako strefa komfortu, z rodzina w poblizu na dobre i zle, jednak nas hamowalo i ograniczalo. Od pracy 12h na dzien i w wielu miejscach. Ale mielismy i nadzieje. ze jedziemy do czegos innego, lepszego, jasniejszego, radosniejszego, bardziej swobodnego.

Ile emocji nami miotalo, niech swiadczy wspomniany prawie-rozwod. Oczywiscie dramatyzuje troche. Kazdy kto spotkal nas choc raz na zywo pewnie wie, ze z nas takie troche wloskie malzenstwo. Kochamy sie jak wariaty, klocimy jak idioci. Okazalo sie bowiem, ze Radek wyraznie zle znosi bujanie. Mial okazje przekonac sie o tym przy swojej pierwszej w zyciu podrozy promem. Co prawda aaaaaz taaaaak nie bujalo, ale wystarczylo by oddal co w zoladku mial wielokrotnie.

Po 19h na promie zjechal wiec z niego glodny i zmeczony. A facet glodny to facet zly. Okazalo sie, ze do samego Sztokholmu brak restauracji czy nawet stacji z obsluga (potem ta droge poszerzyli i podwyzszyli standard i teraz mozna juz cos zjesc), poza tym dla nas, przyzwyczajonych do kakofonii barw przydroznych tablic i reklam w Polsce, znak drogowy ze za jakies 500m bar, restaruacja czy zjazd na stacje, skutkowal tym ze ziuuuu wlasnie minelismy wlasciwy zjazd.

Zycie moje i nasze malzenstwo warczace uratowala w koncu stacja po jakis 100km od promu i juz kawalek po przejechaniu Sztokholmu, z korv med bröd, zwyklym hotdogiem, ciepla parowa, tu zwana kielbaska z bulka (korv med potatismos nie wzielismy bo jeszcze nie wiedzialam, ze mos to po prostu mus czyli puré ziemniaczane, haha, bulka byla jednak wersja bezpieczniejsza i znana), ktorej nie udalo nam sie ominac. A potem kochany przez nas wciaz miloscia wielka Max, czyli szwedzka hamburgerowania w stylu Mac Donalda,ale z duzo bardziej miesnymi i smacznymi bulami. Po wyrownaniu poziomu glukozy i cholesterolu we krwi moglismy kontynuowac nasza pielgrzymke na gore czyli Polnoc Szwecji,jeszcze przez wieeeele wieeeele godzin.

Trzeci pierwszy dzien spedzilismy wiec po zjezdzie z promu glownie siedzac na tylkach w samochodzie. Pod wieczor uszczesliwieni zastanym wyposazeniem usiedlismy przy stole zjesc kolacje a potem na kanapie, w naszym wynajetym, 3 pokojowym, czystym mieszkaniu z lazienka (choc w szwedzkim standardzie linoleum i biale proste kafelki na scianie) bez grzyba i ogormna iloscia metrow kwadratowych.

Razem bylismy gotowi na rozpoczecie operacji Podbijanie Krainy Wikingow 😉 ktora nieustannie kontynuujemy i ktora przynajmniej w czesci jest opisana wlasnie na tym blogu…

Jesli macie ochote poczytac opowiesci innych osob z Klubu, zapraszam po linki na nasza strone klubowa.

Reklamy

5 WAŻNYCH DLA MNIE MIEJSC

Jako, że od wielu wieeeelu miesięcy o ile nie lat ogarnęła mnie ogromna niemoc twórcza – wpisów na tym moim blogu tyle, co na lekarstwo. Nie zdziwicie się więc chyba tym, że piszę dla Was znowu w ramach projektu KLUBU POLKI NA OBCZYŹNIE. Tym razem jesiennego, pażdziernikowego  Nie głosowałam na ten temat, bo jakoś nie bardzo go czułam. Ale na naszym klubowym forum podyskutowałyśmy, dziewczyny rzuciły przykładami i podjęłam decyzję – piszę.

Wybierając termin nie do końca udało mi się zrobić to strategicznie, haha. W zeszły przedłużony
urlopem weekend byliśmy bowiem na 3-dniowym wypadzie w Polsce, w Legnicy m.in. na spotkaniu sporej części mojej klasy licealnej w 20 lat po maturze. Było szybko, intensywnie ale przyjemnie aż do wtorku wieczorem i powrotu do domu. No i w środę do pracy, oczywiście… A jak się jest najważniejszym bo i jedynym stałym psychiatrą w komunie czyli tutejszej gminie, są takich nieobecności bolesne konsekwencje. Okazało się więc, że czekają już na mnie tupiąc nóżkami ogromne administracyjne zaległości, które po 3 dniach pracy z ok. 4h nagodzin odrobiłam w może 90%. Weekend więc mimo dyżuru pod telefonem jawił się jako
czas na odpoczynek, nadrobienie obowiązków domowych i rozpoczęcie pakowania – bo za tydzień wyjezdżam z domu, najpierw na tydzień sztafety a potem 2 tygodnie wakacji pod palmami…

No ale cóż słowo się rzekło, kobyłka u płota. Trzeba popisać. Mam nadzieję, że z przyjemnością przeczytacie o moich 5 ulubionych, najważniejszych dla mnie w życiu, czasie i przestrzeni miejscach… Będzie dużo miodku, mała łyżka dziegdziu pod koniec, za który mam nadzieję, nie dostanę po głowie… Prześledziłam w tzw. międzyczasie wcześniejsze wpisy, które znajdziecie na BLOGU KLUBU jak i na naszym FUNPAGE jestem więc gotowa rozpocząć.

MOJE MIASTO RODZINNE – LEGNICA

Na czoło listy miejsc wysunęło się to miejsce, gdzie wszystko się zaczęło. I życie się zaczęło i szkoła i miłość do zawodu lekarskiego i miłość mojego życia i rodzina i dziecko… LEGNICA. Moje, nasze miasto rodzinne. Co prawda w naszej małej rodzinie tylko ja urodziłam się w tym mieście, moi Panowie z powodu różnych okoliczności życiowych na świat przyszli we Wrocławiu – ten duży i w Lubinie – ten nieco mniejszy. Ale to tu wszyscy aż do podjęcia decyzji o emigracji żyliśmy i budowaliśmy swoje osobowości, najpierw osobno, potem razem – we dwoje i w końcu we troje.

Kiedyś wydawało mi się, że Legnica jest ogromna, z czasem i odwiedzonymi różnymi miejscami na świecie, zmalała. Kiedyś szara, socialistyczna, pełna radzieckich żołnierzy, podzielona murem na strefę dla nich i ich rodzin i dla Polaków. Kwadrat opustoszał, ludność miasta zmniejszyła się chyba o połowę, pojawiła się wolność a z nią kolorowy odnowionych kamienic, szkół wyższych, świat supermarketów i galerii handlowych. Niestety z powodu bezrobocia i trochę braku perspektyw ta jej nowa, może ładniejsza strona nie dla wszystkich jest dostępna. Wielu młodych wyjeżdż w Polskę lub w świat, jak my, szukać szczęścia.

Lecz choć życie w Legnicy na codzień łatwe nie jest to jednak jako emigranci wiadomo, mamy wszyscy sentyment do tego miasta. Ja osobiście nieraz tęsknie za nim… i za każdym razem jak tam jestem czuję się, jakbym wróciła do domu. Miasto żyje, zmienia się ale wciąż znajduję stare, znane, wielokrotnie widziane kąty, uliczki, moje szkoły, park, dom rodzinny, dworzec, zabytki. Ze wzruszeniem oglądam filmy dziejące się w moim mieście jak Mała Moskwa czy odcinki kręconego na Dolnym Śląsku serialu kryminalnego Komisja Morderstw

RODZINA i DOM

Skoro miasto rodzinne jest ważne, to i RODZINA. A jeśli rodzina, do ważny jest dla
mnie DOM naszej rodziny. Miejsce gdzie mieszkamy, jesteśmy razem w moim Menszem i Synem.

Na początku, po ślubie mieszkaliśmy na szczęście od razu razem i sami, choć nie do końca na swoim a w mieszkaniu pożyczonym od Brata mojego Mensza. Najważniejsze było, że mogliśmy uczyć się siebie niezakłócani wtrącaniem się eeee… to znaczy zawsze dobrymi radami Rodziny.

W 2007 nastał przełomowy moment, gdy poczuliśmy, że albo musimy się zafrankować i kupić własne 4, 8 czy 12 kątów albo jedziemy szukać szczęścia w nowym miejscu, za granicą. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o wynajęte mieszkanko w Warszawie w bloku z 15 latkami i 10 piętrami oraz pełną anonimowością mieszkańców, brrr… Nie chciałabym mieszkać tak na stałe, szczerze współczuję tym, którzy nie mają wyboru.

W końcu nastąpiła przeprowadzka i niecały rok mieszkania w wynajętym mieszkaniu na obczyżnie. Ciepłe, suche, świeże, duże. Własna sypialnia z łóżkiem małżeńskim, pierwszy raz w naszym związku…. Pewnie zostalibyśmy w nim dłużej, gdyby nie jego położenie w miejscu o bardzo ograniczonym dostępie do światła i słońca nawet w środku lata no i dostępem do sygnału z satelity z polską tv było kiepsko. Haha żartuję, to były tylko elementy dodatkowe.

Tak naprawdę chcieliśmy w końcu mieć coś swojego, własnego, dom, miejsce do wychowywania dziecka, a nawet wtedy jeszcze wciąż będących w planach dzieci, miejsce do biegania dla kotów, do życia, imprez, grillów, badtunny – po prostu DOM przez duże D.

Zakochałam się w naszym domku od pierwszego wejrzenia i choć był dla nas troche za duży i za drogi, był nasz po licytacji i podpisaniu umowy już po 4 miesiącach od pierwszego w nim kroku. Jest z nim dużo przestrzeni, powietrze. Nigdy nie sądziłam, że będę się tak dobrze czuła w jasnych wnętrzach – ścianach pokrytych bieloną boazerią i szarymi tapetami. Styl skandynawski w kraju dającym dużo mniej słońca i światła niż Polska ma swój sens i niewątpliwe zalety.

Dom jest świetnie położony, słońca jest maksymalnie jak dużo się da w tym kraju i tej jego części, jest ciepły, przytulny, nasz. A od remontu po porzaże ma też piękny, efektywny i efektowny kominek, grzejący nad od października do maja a czasami nawet i czerwca 😉

Nie wiem czy zostaniemy tu do końca życia, pewnie nie, ale jestem szczęśliwa, że go teraz mamy. A gdzie nas los kiedyś za parę może lat poniesie? Zobaczymy. Może będzie to znowu dom? A może mieszkanie – wtedy koniecznie z dużym balkonem, tarasem, chętnie też zaszklonym albo małym ogródkiem i do tego by kontakt z przyrodą mieć koniecznie kamper, nasze marzenie, które może już za rok się sprawdzi???

ROTSIDAN

Skoro wspomniałam o kontakcie z przyrodą kolejnym moim ulubionym miejscem, moim smultronställe jest ROTSIDAN, o którym już nie raz i nie dwa tu na blogu wspominałam.

Polska jest bardzo piękna, Pieniny, Karkonosze, Bałtyk i nasze piękne plaże, Mazury i jeszcze więcej. I polskie miasta – kocham odwiedzać Wrocław, Trójmiasto, Kraków. Wiecie, ze wsi szwedzkiej do polskiego miasta, imprezka, zakupy, miooooodziooo.

Jednak moje serce po przyjeździe do Szwecji skradły miejsca tutaj, bo przyroda jest tu niewyobrażalnie dzika i piękna. A ja przy mojej pracy, gdy nieraz słyszę bardzo smutne, tragiczne, trudne historie moich pacjentów potrzebuję się od czasu do czasu odnaleźć na nowo w spokoju i uroku Norrland.

Jakieś 4 lata temu odkryliśmy właśnie Rotsidan (opisaną m.in. we wpisie Klubowym o 5 moich ulubionych miejscach w Norrland) – naszą perełkę. Rezerwat natury z piękną, dziką, kamienną plażą na tymże samym co polskie plaże Bałtykiem.

Jest niby blisko jednak nie mogę tam jeździć w te weekendy gdy pracuję z domu pod telefonem, bo zasięg pojawia się i znika. A baaaardzo bardzo szkoda. Bo ostatnio pracowałam tak prawie co 2 weekend. A teraz już jesień i Rotsidan przez pół roku będzie niedostępne… Prawie wszyscy nasi znajomi ulegają urokowi tego miejsca. Jego spokoju, pustki, bliskości żywiołow, skały, wiatru, wody. Ech. Byle do wiosny, jak śniegi stopnieją i będzi można pojechać z termosikiem, kocykiem i leżaczkiem. Z mężem i z synem i z każdym odwiedzającym nas na dłużej kolegą, koleżanką czy przyjacielem/przyjaciółką/przyjaciółmi. Zapraszam wszystkich Was moi niezbyt liczni czytelnicy, jeśli wybierzecie się do mnie między wiosną a jesienią, postaram się Was tam zabrać…

WAKACJE – WYSPY ZE SŁOŃCEM

Takie małe chwile relaksu od codzienności są ważne, ale sami na pewno wiecie, jak ważne są chwile całkowitego oderwania się od niej, odreagowania, życia w zwolnionym trybie. Mówię oczywiście o urlopie, wakacjach. Kiedyś moim absolutnie ulubionym miejsce wakacyjnym było polskie morze, polskie plaże, woda, słońce. Niestety istnieje spore ryzyko, że zamiast ciepła i słońca Bałtyk zaoferuje wiatr, deszcz, zimno.

Dlatego choć plaża i woda zdecydowanie pozostały moim ulubionym sposobem spędzania wakacji to od kilku już lat ulubionym miejsce som cieplejsze wody i piaski Wysp Kanaryjskich. Pierwsze było Lanzarote, wulkaniczne, z kosmicznymi krajobrazami, potem już 2x Gran Canaria z nieco bardziej skomercjalizowanym Playa del Ingles (ale jak się na codzień mieszka na dalekiej północnej szwedzkiej wsi, komercja przez 2 tygodnie wakacji jest mile widziana) i wreszcie w czerwcu piaszczystna, wietrzna Fuerteventura.

Za niecale 2 tygodnie będzie powtórka z Gran Canaria po raz trzeci i mam nadzieję, że będzie równie słonecznie i ciepło jak zawsze a ja, odżywająca w takich warunkach klimatycznych rozkwitne i będę świecić światłem własnym cały ponury i ciemny listopad i grudzień, choć ten ostatni będę konkurować z julstake i choinką.

ŚWIAT WIRTUALNY

Takie czasu przyszły, że oprócz realu mamy też od wielu lat coraz powszechniejszy i częstszy a i również czasochłonny dostęp do świata wirtualnego. Jestem na Fejzbuku, tak prywatnie jak i blogowo, na Instagramie. Ale to nie o tych miejscach chciałam Wam napisać

Ostatnim, ale wcale nie najmniej waznym miejscem, stał się dla mnie w ciągu ostatnich lat Klub Polek na Obczyźnie. Najpierw powstał blog, potem lista mailingowa a w końcu z potrzeby kontaktu urodziła się grupa dyskusyjna na facebooku, w której są tylko osoby będące członkami grupy, więc  niestety nie mogę Was tam zaprosić. Ilość osób w Klubie się rozrosła do prawie 300, w tym mamy jednego aktywnego męskiego rodzynka, pięknie potrafiącego w sobie tylko znany sposób rownoważyć nadmiar kobiecych hormonów.

Klub powstał dzięki kilku dziewczynom, pomysł był z początku bardzo twórczy, z ambicjami – bo na blogach własnych Klubowiczek pojawiały się i pewnie będą pojawiać wpisy na rzecz Klubu, moje >>zapiski szwedzkie<< utrzymujący przy życiu, choć i tak w stanie niemal agonalnym… a na blogu klubowym nieraz pojawiały się ciekawe wpisy. Z czasem ta część działalności Klubu chyba trochę przywiędła i zdecydowanie zrobił się bardziej klub dyskusyjny na fejsie.  

Jestem na tej naszej wewnętrznej grupie codziennie, mniej lub bardziej aktywnie. Tematy są różne, z każdej możliwej dziedziny. Dyskusje bywają i budujące i bardzo burzliwe, choć starałyśmy się unikać tematów drażliwych a raczej koncentrować się na tym co nas łączy, na doświadczeniach emigracyjnych, smutkach i radościach dnia codziennego czy naszych pasjach. Wiele dziewczyn aktywnie pisze na swoich blogach, dzieląc się linkami.

Poznawałyśmy się wzajemnie coraz lepiej przez te 2 lata, śledziłyśmy wzajemnie blogi, siebie, swoje rodziny.Kilka tygodni temu odbył się pierwszy duży zjazd Klubu pod Paryżem, z ogromnym żalem nie wzięłam w nim udziału a przez cały czas na całym świecie odbywają się spotkania mniejsze i większe członkin i członka Klubu.

Chyba jest to gdzieś człowiekowi potrzebne by być członkiem jakiejść grupy, społeczności z elementem wspólnym, łączącym wszystkich, tak jak nas wyjazd z kraju i zmaganie się z trudami i radościami aklimatyzacji na Obczyżnie. Każda grupa ma swój cel i czas.

Tu przejdę do części, która jest dla mnie trudna do napisania. Niestety czuję, że muszę, inaczej się uduszę. W ostatnich tygodniach w Klubie powiał bowiem wiatr zmian a raczej właściwie powrotu do korzeni, który zachwiał nim w posadach. Kilka osób w pocie czoła przez kilka dni czy nawet tygodni przygotowywało nowe logo, nowy design strony, wzięło się za aktywizowanie kanałów komunikacji społecznej, Twittera, Pintresta, Instagrama, Facebooka i wreszcie kanału na Youtube. Jeśli jeszcze nas nie obserwujecie zachęcam, bo przez Klubem wiele interesujących projektów.

Ten wiatr jednak spowodował sporo zawirowań w naszej wcześniej zwartej i lubiącej się grupie. Gdzieś w gorączce ulepszeń zgubił się fajny klimat i spójność. Pojawiły się osoby mające mniej i bardziej rację. Niektóre osoby są 100% pewne, że to zmiany tylko na lepsze i robione we właściwym czasie i w dobrym trybie, osoby zaangażowane i ambitnie podchodzące do zadania i te bardziej niepewne, jakby zmianami, ich tempem i trybem przestraszone i chyba przede wszystkim trochę zagubione podejściem, że albo jesteś za zmianami i ambitnymi celami, albo nie musisz z nami dalej być.

Pojawiły się jakieś takie niezbyt sympatyczne wpisy, dziwne komentarze, krzywdzące IMHO opinie, np. że ktoś na Klubie promuje swój blog i siebie niewiele daje dla Klubu. Dlaczego uważam, że krzywdzące? Bo ja osobiście jak widzicie wypisałam się, nie miałam też nigdy ambicji edukacyjnych i pisząc dla ostatnio praktycznie tylko w projektach Klubu, starałam się go wśród mojej wąskiej grupy czytelników promować raczej, niż siebie promować na plecach Klubu. I dalej by tak pozostało nawet jeśli z Klubu zniknę, nawet jeśli dojdę ostatecznie do wniosku, że mi z nim już nie o drodze. Niestety blisko mi do tego, bo raz, że osoby, które lubię i cenię odchodzą lub odzywają się pisząc, że to mocno rozważają. A dwa bo nie po to czas angażuję w tę grupę, by się tam z kimś kłócić czy udowadniać cokolwiek. 

Okazało się, że dynamiczny, rozgadany Klub fajnych kobitek i rodzynka, podmuch zmian może zmieść a przynajmniej nadwyrężyć… Nie wiem, czy za napisanie o tym w tym wpisie mi się po  łebku nie dostanie. Ale ryzyk fizyk, kto nie ryzykuje ten nie wygrywa. Uważam, że o sprawach trudnych warto pisać, dyskutować, rozmawiać ale z rozsądkiem i szacunkiem dla różnych poglądów i oczekiwań. Albo by znależć inne rozwiązanie, albo by zmienić zmiany tak by były lepsze i dla wszystkich. Tego mi ostatio zabrakło… ale nie tracę jeszcze nadziei.

Klub to nie miejsce sensu stricte. Klub to grupa niesamowicie wartościowych indywidualności. Choć wymyśliło go kilka osób i teraz kilka czy może kilkanaście ma piękne, ambitne, godne pochwały plany go zmieniać, ulepszać, rozruszać, otworzyć na świat zewnętrzny, to jego zrąb tworzą nie tylko te osoby ale wszyscy inni aktywni w nim ludzie, ze swoimi historiami, doświadczeniami, mądrością i głupotą.

Chiałabym, by ta tak bardzo ważna dla mnie lokalizacja wirtualna była znów i wciąż spokojna i pełna szacunku i pokory w dobrym rozumieniu tego słowa, po szwedzku użyłabym słowa lyhörd, co oznacza umiejętność słuchania innych, bycia nawet w emocjach wciąż wrażliwym na to co inni robią i mówią, jak odbierają to co się dzieje, jakie mają związane z tym refleksje, nawet jeśli samemu uważa, że ma się rację w tym co i jak się dzieje…

 

P jak przyjaźń ALFABET EMIGRACJI & PROJEKT KWIETNIOWO/MAJOWY

Czy przyjaźnie zawarte w Polsce mają szansę przetrwać emigrację? Czy będąc w obcym kraju łatwo się zakolegować i znaleźć bratnią duszę? Czy warto szukać wśród Polaków, czy lepiej otworzyć się na „tubylców? Na te i inne związane z przyjaźnią pytania, odpowiadamy w ramach wiosennego projektu PRZYJAŹŃ ja i moje koleżanki z Klubu Polki na Obczyźnie. 

Pisanie Alfabetu mojej Emigracji idzie mi jak po grudzie. Pomyślałam sobie, że nie aż tak wielkie znaczenie ma zachowanie kolejności literek. Prawda moi nieliczni aczkolwiek mimo niewielkiej liczby niesłychanie ważni czytelnicy? W ciągu kwietnia i maja piszemy o P jak Przyjaźń… Pomyślałam, że upiekę więc 2 pieczenie na tym ogniu i będzie to równocześnie wpis alfabetowy. Ale nie martwicie się, nie będę się nudzić, bo postanowiłam zrobić sobie 2x więcej roboty i ten wpis jako pierwszy a może i jedyny na tym blogu napisać w 2 językach, po polsku i szwedzku. Tylko takie rozwiązanie wydawało mi się fair bo mam w planach napisać słów parę nt. kilku osób po polski nie mówiących więcej niż kilka słów, wśród nich nasze imiona i k…a eeee no bo po szwedzki to zakręt 😉 (wpis po szwedzku pojawi się w ciągu tygodnia, mam nadzieję, bo już i tak wpis po polsku będzie 2h spóźniony…)

Jacy byśmy nie byli jako ludzi, odważni i przebojowi jak jedna z moich przyjaciółek na emigracji, o której za chwile opowiem, czy spokojni i raczej obserwujący większe grupy zanim się zaprzyjaźnimy, jak ja, tak czy siak większość z nas lubi innych ludzi, spędzanie z nimi czasu, rozmowy, plotki, żarty, wspólne picie kawy/wina/wódki/wody…

W Polsce mieliśmy sporo wspólnych znajomych z mężem. Jesteśmy ludźmi, którzy odżywają spotykając się z innymi. Wśród nich 2 pary, które są lub były nam bliższe i które określiłabym jako przyjaciół.

Jedna para to moja przyjaciółka z czasów studiów i jej kiedyś chłopak, narzeczony a w końcu mąż. Był czas, kiedy byłyśmy sobie bliskie. Niestety… proces oddalania się zaczął się jeszcze kiedy mieszkaliśmy w Polsce. W końcu od momentu jak zaszłam w ciążę i zmieniłam uczelnie dzieliło nas jak kiedyś mnie i męża ponad 300km. Niby nic, a jednak, w Polsce ta odległość znaczy dużo. Co prawda z mężem widzieliśmy się co 2 tygodnie, ale ciągnęła nas miłość, przyjaźń daje nieco mniejszą siłę przyciągania. Zwłaszcza jak się zakłada rodzinę, zaczyna wyżej stawiać życie rodzinne, nie ma się dobrego auta ani za wiele kasy. A to zrobiliśmy najpierw my a potem oni… To jeszcze nie były czasy powszechnego internetu a na pisanie listów czasu nie było. Próbowaliśmy jednak ta przyjaźń podratować poprzez dzieci i dla dzieci… niestety oddaliły i oddalają nas rożnie podejście do życia, oczekiwania i sposoby na szczęście.

Jednocześnie to coś, co kiedyś nas z A. do siebie przyciągnęło, jest wciąż obecne… więc kiedy się raz na rok spotkamy czyt. w ostatnich latach głównie jeśli my zajedziemy do nich… to jednak gada się milo… wciąż mamy wiele wspólnych tematów, ona też jest lekarzem, jej pacjenci dermatologiczni nie raz i nie dwa mają problemy psychiatryczne, okazuje się więc, że zawodowo też nas sporo łączy… Zawsze można rozmawiać o dzieciach, wyjazdach… Choć oni, oboje lekarze, są bardzo zapracowani, zajęci modernizowaniem i remontowaniem domu… zachwyt w nich w trakcje jedynej wizyty u nas wzbudziło nasze ulubione, ciche miejsce – kamienista plaża Rotsidan…

Niestety A. nie używa praktycznie mediów społecznościowych, Skype, rzadko pisuje maile. A to powoduje, ze zwłaszcza odkąd się wyprowadziliśmy praktycznie już w ogóle nie uczestniczymy w naszej wzajemnej codzienności. A to nie sprzyja bliskości, nad czym ubolewam. Bo mam wrażenie, że przy rozjechaniu się planów i oczekiwań mogłaby nas zbliżyć codzienność…

Są jednak pewne wyjątki, potwierdzające tą regułę, że to wspólna codzienność łączy…  Mamy bowiem jeszcze jedną parę przyjaciół, z którymi czujemy bliskość i pokrewieństwo dusz, mimo, że też mało (zdeeecyyydowanie za mało, ale ten czas i życie i obowiązki…) uczestniczymy wzajemnie w swojej codzienności i choć dzieli nas jeszcze większa odległość. Bo kiedy my pakowaliśmy nasz dobytek w worki, wstawiane na strych i częścią klamotów przenosiliśmy się na mój półroczny kurs szwedzkiego do Warszawy – oni właśnie rozpoczynali też życie na innej, ale też Obczyźnie. W Wlk. Brytanii… I myślę, że to jest częściowo wyjaśnienie tego fenomenu naszej wciąż żywej przyjaźni – koleje życiowe, oczekiwania, podejście…

M. poznałam tuż po tym jak sama zostałam mamą i szukałam zaciekle znajomych z dziećmi. Same jeśli macie dzieci albo właśnie ich nie macie wiecie jak to jest, jak zostajecie mamami vel Wasze znajome nimi zostają a Wy jeszcze nie jesteście na tym etapie, nie lubicie dzieci, nie chcecie ich mieć. Ja w moim ówczesnym towarzystwie przecierałam pieluszkowo-kolkowo-ząbkujące szlaki. Czułam, że koleżanki z czasów przeddzieciowych  zanudzę lub zamęczę a choć Broń Boże nie chciałam rozmawiać tylko o tym, to jednak możliwość podzielenia się też tymi radościami i troskami życia młodej mamy i świadomość, że rozmówczyni słucha ze zrozumieniem i może nawet sama przeżywa coś podobnego jest niezastąpionym wsparciem. Te ciepłe uczucia połączyła mnie i M. mocnymi więzami od początku, od chwili kiedy mały Dawid wczepiał się małymi paluszkami w jej długie blond włosy a jej córeczka I. jeszcze kopała w brzuchu.

Na szczęście nasze chłopy się polubiły, dzieci dawały się od czasu do czasu ogarniać i spotkań trochę było. Potem nie mogąc znaleźć jakiejś rozwojowej pracy w kraju, mąż M, też M. wyjechał. Najpierw pomagał w remontach, potem dostał pracę w swojej komputerowej branży. I żona, zatwardziała wielbicielka romanistyki, ręcyma i nogami broniąca się przez przekwalifikowaniem na nudną anglistkę w końcu po wielu miesiącach rozstań i powrotów (które znów nas zbliżyły, bo przecież i my „zaliczyliśmy” okres rozłąkowy wieloletni) dała się namówić na wyjazd. Zostawili kupione za kredyt we frankach mieszkanie pod opieką rodziców i zaczęli żywot emigranta.

Po raz kolejny wspólnota przeżyć i myśli wzmocniła naszą więź. Oczekiwania, marzenia, plany, zawody, rozczarowania, walka z nauką języka, z poznawaniem obcego otoczenia, z uczeniem się życia od nowa… przechodziliśmy to prawie równolegle i choć inaczej to jednak podobnie. W tym okresie często refleksje M. w mailach czy na Skypie pomagały mi lepiej zrozumieć uczucia i odczucia mojego męża. U nas to ja byłam stroną pracującą, intensywnie uczącą się języka, zanurzoną w szwedzkości bo dziurki w nosie i do wyrzygania, na dobre i na złe bo też cały ciężar odpowiedzialności spoczywał na mnie, ode mnie zależało powodzenie misji E jak Emigracja.

Bywało, że miałam tego dość, chciałam, żeby wszyscy dali mi święty spokój, bym mogła schować się do mysiej dziury i pozwolić przejąć ster facetowi… pragnęłam by mi ktoś dał pobyć biedną, słabą kobietką. U nich to facet ciągnął wózek a to M. przeżywała frustracje bycia stroną słabszą, zależną, niesamodzielną, usiłującą pokonać barierę językową i szukającą pracy. Otwierała mi oczy, gdy te się zamykała, dodawała mi i  ja mam nadzieję jej czasami też, sił i zapału i pomagała walkę w pojedynkę z oporem materii zamienić we wspólne rodzinne podróżowanie po lepsze życie.

Oczywiście miewamy słabsze okresy. Jak teraz, kiedy ostatnio widzieliśmy się w M. przy okazji naszego rodzinnego, krótkiego pobytu we Wrocławiu (i oczywiście było jak zwykle cudnie i swojsko) w sierpniu ub. roku a od tej pory mało gadamy mało piszemy w ogóle NAS jest mało. Ale wiem, że to minie, że znów znajdziemy drogę do siebie. I nie mogę się już doczekać stałej umowy o pracę męża, dłuższego urlopu wakacyjnego i wspólnej wyprawy z naszymi nastoletnimi dziećmi i młodszą siostrą I., tej co kopała w brzuchu, L. np do Irlandii czy Szkocji, czy gdziekolwiek, byleby razem i urlopowo.

Tak więc sumując… da się… utrzymać przyjaźnie, mimo wyjazdu, jeśli łączy Was dużo w przeszłości i jeśli za podobnymi rzeczami oglądacie się w przyszłości. Jeśli oczekiwania od życia i podejście do niego macie skrajnie odmienne – może ocalicie znajomość, co jednak wymaga zaangażowania obu stron. Prócz A. i M. dzięki fb, Skype, mailom mam kontakt jeszcze z kilkoma babeczkami, łączy nas jakaś wspólna historia i kawałki pokazywanej codzienności, ciągłość wirtualnego kontaktu i wspólne z rzadka spotkania tam albo tu. I dobrze, ze jesteście bo znajomych człowiek bardzo potrzebuje, nawet jeśli nie każdego się nazywa przyjacielem. Dziękuję, że jesteście.

Wyjazd na szczęście wiąże się też z okazją do odświeżenia grona znajomych i przyjaciół. Nie starczy tu miejsca do opisania wszystkich, ale podsumowując – nie podzielam niejednokrotnie negatywnych doświadczeń z rodakami wielu Polaków w Szwecji i za granicami. Nie ze wszystkimi moimi Rodakami mieszkającymi w okolicach wiąże mnie wielka nieskończona miłość, u niektórych nawet zostałam nieoficjalnie skreślona z listy zapraszanych znajomych (aaaaaj… jaka ja niedobra) ale nikt w sumie nie zrobił mi jakiegoś bubu, spotykamy się, grillujemy, razem jeździmy na wycieczki, plotkujemy, pijemy… wspieramy się.

Z tego grona na pewno chcę wspomnieć dwie dziewczyny. Pierwszą z nich miałam przyjemność poznania już na progu wyjazdu za granicę, na pierwszym spotkaniu w formie headhunterskiej. J. rozpoczęła karierę lekarską od wolontariatu na neurologii, pierwsze pieniądze za swoją niełatwą pracę dostała po jakimś czasie przy okazji dyżurów. By młoda rodzina mogła się utrzymać mąż M. nie tylko robił speckę z ortopedii dziecięcej ale i pracował w firmie robiącej badania lekowe. Czyli jego 2 etaty i jej 1 plus obojga dyżury. A tu czas by było pomyśleć może o dzieciach… Jakoś przypadliśmy sobie od razu do gustu, trzymaliśmy kontakt przez te miesiące oczekiwania na pierwszą ofertę, razem wyjechaliśmy na rozmowy z pracodawcą a kiedy obie dostałyśmy propozycję pracy razem w sumie  podjęliśmy decyzję o wyjeździe. I już tak później poleciało, mieszkamy jedyne 40km od siebie, co w perspektywie Norrland jest rzutem berecikiem z antenką, często się widujemy czy na kawę, czy na winko, na sushi, na fondue. No i przynajmniej przez część specjalizacji razem mogłyśmy jeździć na wiele kursów, gdzie J. mój ulubiony socjalny taran 😉 bardzo pomagała mi w poznawaniu nowych ludzi… Teraz może rzadziej z różnych względów się widujemy a na pewno rzadziej imprezujemy, małe dziecko u nich, choroba w rodzinie, trochę wyjazdów weekendowych u nas, ale wiem, że na wsparcie J. zawsze mogę liczyć.

Ja nieraz doradzałam jej w sprawach pracowych zwłaszcza na początku. Wspierałyśmy się nawzajem przy różnych spięciach z „tymi głupimi Szwedami”, ja ją kiedy miała multum roboty lub kryzysy, ona mnie kiedy miała konflikt z kolegą z pracy niedawno czy problemy z ogarnięciem sytuacji w domu z niepracującym mężem, dając mi inna perspektywę niż M. z Wlk Brytanii… dzięki nim obu ten ciężki okres przetrwaliśmy…

J i M mają się zawodowo całkiem dobrze choć po drodze nie było zawsze miło i różowo, M. robił chirurgię a w końcu po wielu perturbacjach mógł w końcu zacząć robić ortopedię, tyle, że praktycznie od początku. J urodziła 2 dzieci, synek ma 7 lat, córeczka skończyła rok. Chyba się w końcu jakoś tam odnalazła w naszej specjalizacji, psychiatrii, tuszę, że pewna w tym moja zasługa. Niestety wciąż wisi nad nami ich ewentualna przeprowadzka albo z powrotem do Polski (bo rodzice i ich zdrowie, bo się polepsza, choć tu akurat ja jestem z tych mocno wątpiących itd.) z opcją pracowania trochę tam trochę tu, albo przynajmniej wyprowadzki na południe. My też ją – przeprowadzkę, rozważamy, ale nie wiem czy nie rozdzielą nas jednak inne oczekiwania – u nich jest dwójka lekarzy u nas tylko ja… Zobaczymy…

Drugą Polką, która  jest moją przyjaciółką jest A. Historia przyjazdu jej rodziny, męża i wtedy 2 synów (mają jeszcze 3ciego, mojego małego chrześniaka) jest dla mnie zarówno inspiracją jak i przerażającą historią. Przyjechali bowiem bez języka, mieszkania, nagranej pracy. Dzięki szczęściu, dobrym ludziom, pozytywnemu podejściu nie tylko poradzili sobie rodzinnie, ale zmietli nas wszystkich z przytupem. Radzą sobie świetnie, A skończyła kurs na podpielęgniarkę i niedawno dostała marzenie – stały etat. I choć w Polsce nikt w nią nie wierzył i ze swoją dysleksją nie miała szans, tu chcieliby ją wysłać na uniwersyteckie szkolenie na pielęgniarkę. Jej mąż J też skończył ten sam kurs choć ponieważ mój chrześniak jest mały to J pracuje więcej jako masażysta i tylko na godziny na oddziale.

Nasza przyjaźń jest poparta wieloma wspólnymi chwilami, razem spędzamy święta, urodziny, imieniny, wspieramy się, radzimy sobie nawzajem. Tez mieszkamy 40km od siebie, co nie zawsze ułatwia spotkania na co dzień, ale niezależnie ile byśmy się nie widzieli miło jest się spotkać.

Tyle o polskich przyjaźniach. Czas najwyższy napisać słów kilka o przyjaźniach szwedzkich. Bo uważam, że są możliwe, choć są inne i choć wymagają zmiany naszego podejścia i oczekiwań. Przez wiele lat nie szukałam przyjaciół czy nawet znajomych szwedzkich, nie dlatego, że ich nie lubiłam… zwyczajnie jakoś nie starczało mi czasu, energii, zapału na spotykanie się po godzinach pracy ze Szwedami. Kiedy jednak już opanowałam lepiej język, okazało się, że raz – coraz mniej mam okazji, do rozwoju języka, dwa – mąż okazji do nauki języka ma niewiele, trzy – zaprzyjaźnienie się takie bardziej ze znajomymi z mojej pracy jakoś mi nie szło a R. na tym etapie jeszcze pracy nie miał.

Na szczęście pomogły mi moje staże, tam miałam możliwość poznania L, trochę starszej ode mnie lekarki, osoby niesamowicie pogodnej, pozytywnej i serdecznej dla i pacjentów i kolegów z pracy, znajomych i przyjaciół. Wiem, że za bycie taką dobrą osobą i spolegliwą zapłaciła wysoką cenę, ale chyba już się z tego podniosła i odnalazła nową równowagę w życiu. Nie mam pojęcia, czy na modłę szwedzką jesteśmy już przyjaciółkami, ale czuję z jej strony niesamowitą pozytywną energię, sympatię, bardzo dobrze czuję się w jej towarzystwie, za każdym razem, jak nam się uda spotkać. W międzyczasie niestety rozstała się z mężem, odkryła na nowo swoją miłość z czasów młodości, zostali sambo, czyli mieszkają razem, co drugi tydzień mają jej adoptowane córeczki i jego dzieci, a co drugi tydzień korzystają z życia pary bez dzieci. Najbardziej podoba mi się, że jest taka uważna w stosunku do pacjentów i przyjaciół. Każdy rozmawiając z nią ma poczucie, że słucha go uważnie, jego i tylko jego. I to w czasach pośpiechu, braku czasu na bycie ze sobą. Mam nadzieję, że nasza znajomość będzie ewoluowała w jeszcze silniejszą przyjaźń.

Drugą Szwedką, którą mogę nazwać przyjaciółką a właściwie parę przyjaciół. To S. i J. – rodzice dwójki dziewczyn i rodzice przysposobieni jeszcze 2 dziewczynek z Afryki, których mama jest chora i nie może się nimi na co dzień zajmować. Podziwiam ich za ich luz a jednocześnie jednak ogarnianie rodzinnej codzienności. Mają czas na pracę, naukę, hobby, a w kontakcie z nami zawsze wykazywali się ogromną ciekawością nas, naszej odmienności, jacy jesteśmy jako ludzie, Polacy. I tak jest nadal. Z naszymi godzinami pracy i planami, żeby się widywać często planujemy spotkanie już na wiele tygodni do przodu, wpisujemy w kalendarz i czekamy. Mam nadzieję, że i S z J i L z jej partnerem P uda nam się kiedyś razem czy oddzielnie zabrać na wyjazd do Polski, by mogli lepiej poznać kraj, który nas stworzył, wychował i za którym tęsknimy.

Dwie szwedzkie przyjaciółki – mało powiecie? Może… ale ja po prostu nie nazywam przyjacielem „byle kogo”. Muszę czuć, że łączy nas to coś niepowtarzalnego, jedynego w swoim rodzaju. Że możemy sobie ufać, że łączy nas wzajemna ciekawość, życzliwość i zrozumienie. Tak samo jak w przypadku polskich przyjaciółek… wolę więc mieć ich mniej ale tak, by ta przyjaźń dużo mi dawała. By była warta zainwestowanego czasu, wysiłku, zainteresowania…

A WY kochani czytelnicy? Macie przyjaciół w Polsce, jeśli mieszkacie na Obczyźnie? Dbacie o nich? Odzywacie się? Spotykacie? A może jednak stawiacie na lokalsów? A może na osoby innej narodowości, które jak Wy są nowe w tym miejscu? A jeśli jesteście w Polsce, udaje Wam się utrzymać dawne wiadomości przez dłuższy czas mimo odległości???

Buziaki Wam przesyłam i mam nadzieję, że moja przyjacielska opowieść Was nie znużyła???

Przyjaźń… skomplikowany układ. Nie jest łatwo ją zawiązać i utrzymać. Nie jest łatwo nawet ją opisać… Mam nadzieję, że udało mi się zapoznać Was z tym, jak ja patrzę na przyjaźń i jej i powstawanie i przekwitanie….

Jak przetrwac szwedzka zime i jej sie nie dac… a moze nawet polubic… Projekt KLUBU POLKI na OBCZYZNIE.

(Wlasciwie tytul powinien brzmiec, jak przetrwac polnocnoszwedzka zime albo zime w Norrland…. No ale nie badzmy czepliwi…)

Przez dwa zimowe miesiace luty i marzec czlonkinie KLUBU opisuja naprzemiennie straszne historie i sposoby na przetrwanie zimy w krajach, do ktorych wyemigrowaly. Moje zycie w strasznie straszne historie przynajmniej takie warte opisania, nie obfituje, ale tak czy siak muuuusialam, po prostu musialam zglosic sie do projektu zimowego.

I wybor nie mogl pasc na inna date niz 20 marca. Dlaaaaczego??? Oczywiscie, ze wiecie…

Przeciez dzis wlasnie konczy sie na naszej polnocnej polkuli ta przez wielu najbardziej znienawidzona pora roku ZIIIIMAAAA… w koncu, nareszcie juz, juuuuz, JUUUUZ zaczyna sie kalendarzowa WIOSNA (astronomiczna w tym roku zaczela sie juz wczoraj)… Wyteskniona, wyczekana, wymarzona… Slooonce, ptaszki, kwiatki, zielen… Zyc nie umierac…

Haha… moze U WAS. Bo ja moi mili choc moze na Biegunie nie mieszkam, ani nawet w poblizu Kola Podbiegunowego (mam do niego dalej niz z mojego miasta rodzinnego Legnicy do Warszawy) to jednak zima jest pora roku, ktora w Norrland zdecydowanie dominuje w trakcie 12 miesiecy roku, jakby na to nie patrzec.

Nasza przeprowadzka do Szwecji miala miejsce w polowie sierpnia, dane wiec nam bylo zakosztowanie koncowki calkiem przyjemnego lata 2008 roku, ale juz po kilku miesiacach, nooo tak po moze dwoch w polowie pazdziernika, przyszlo nam sie zmierzyc z prawdziwa zima, jakiej w Polsce nie widzialam od wielu lat. Mrozna, sniezna, dluga, przez jakies 3 miesiace wybitnie ciemna… ale jednoczesnie… jakze, przynajmniej przez sporo jej czesc urokliwa… i prawdziwa… w koncu snieg, masy sniegu. A nawet MAAASYYY… I mrozik. Mroz. MROZICHO…

Jako osoba lubiaca ciepelko, nie ukrop ale wlasnie ciepelko i sloneczko (Wyspy Kanaryjskie to moje naturalne srodowisko) nigdy nie pomyslalabym, ze wyladuje wlasnie tutaj – tak daleko na polnocy nie tylko Europy ale i, nie owijajmy w bawelne, Szwecji… Oczywiscie myslelismy o emigracji do Skandynawii, kiedy juz odpadla Germania, ale bardziej w teoretyczny smak (bo w praktyce nie wiemy i o tym kraju zbyt duzo, a po przejechaniu go w lecie kilka lat temu jakos nie zapalalismy zachwytem) byla nam Dania, bo i bardziej europejsko i blizej Polski przez Niemcy, zwlaszcza, ze tak niestrategicznie z punktu widzenia Szwecji w tej Polsce mamy miasto rodzinne, poludnowy-zachod… makabra… a przez niemieckie autobahny do Danii jedzie sie migusiem…

Noooo ale oferty na Danie akurat sie konczyly… Maping Day czyli eliminacje u headhuntera po niemiecku z krotka lekcja szwedzkiego i sprawdzeniem czy cos wchlonelismy byl w lecie 2007 roku… a na oferte wyjazdu gdziekolwiek czekalismy do konca listopada… czekajac czulismy, ze konczy nam sie troche czas na takie wielkie zmiany w zyciu naszego wtedy pierwszoklasisty i ze rowniez nasze zycie potrzebuje jakiejs odmiany, swiezego powietrza, podmuchu wiatru pod podciete skrzydla tak zawodowe jak i prywatne. Kiedy wiec oferta wyjazdu do kliniki hen, hen daleko w pizdu w pln Szwecji przyszla, bylismy troche, troszeczke zmeczeni czekaniem i wlasciwie zdecydowani na wszystko, z mysla, ze przeciez zawsze jesli nam sie nie spodoba, mozemy poszukac innego miejsca, juz tu na miejscu w Szwecji. Ale… miejsce sie spodobalo, praca sie spodobala i wciaz siedzimy na tym naszym zadupiu, od czasu do zasu wyrywajac sie do mniej lub bardziej wielkiego miasta… Nie bylo wiec wyjscia, trzeba bylo to male norrlandzkie miasto brac z dobrodziejstwem inwentarza…

Na pierwszy wyjazd do docelowego miejsca emigracji (na szczescie ze wspomalzonkiem, cel to przede wszystkim rozmowa z przyszlym szefem i kolegami, moj chyba w sumie pierwszy wywiad o prace – od razu z grubej rury po angielsku, poza tym ogladanie Solleftea z perspektywy pieknie polozonego na wzgorzach hotelu z widokiem z gory na cale miasto – ktos tu odrobil lekcje z umiejetnosci sprzedawania kota w worku, haha) i druga podroz kilkudniowa (wyjazd rodzinny, z mezem i dzieckiem, w polowie kursu jezykowego, do dyspozycji tym razem  mieszkanie sluzbowe, bo hotel dla tylu osob za duzo juz by kosztowal haha na 4 dni, ale i autko sluzbowe, na pojezdzenie po okolicy, wizyta w szkole dziecka, w miescie w ktorym mielismy wkrotce zamieszkac, w przyszlym miejscu pracy, zdjecie dla lokalnej gazety) do Norrland poslano nas samolotem i w swojej wielkiej naiwnosci i nieswiadomosci wciaz usilowalismy przed przeprowadzka uparcie wszystkich przekonywac, ze przeciez jeszcze tyyyyle Szwecji nad nami, ze Kramfors jest w srodkowej Szwecji… Pierwszy wyjazd byl na poczatku grudnia, zima akurat przyszla, okolica pokryta byla niewielka iloscia sniegu, widok z okna na okolice piekny… Wlasciwie zakochalismy sie w tym widoku i przyrodzie od reki… I nawet w tej zimie cholernej, tak, tak… Dopiero przeprowadzajac sie juz z bambetlami, fordem, z dwoma kotami zaopatrzonymi jako i my w paszporty i nieomal rozwodzac sie po zjechaniu z promu, kiedy po wieeelu godzinach dobilismy do celu, uswiadomilismy sobie jak to jest DALEEEEKO…

Z drugiej strony… jak juz na polnoc sie przeniesc, to przeciez nie bedziemy mieczaki, nie bedziemy siedziec w wietrznym Göteborgu czy w pieknym ale przesadnie zaludnionym Sztokholmie. Zamiast tego chcac niechcac, troche nieswiadomi konsekwencji swoich wyborow, szast prast podjelismy decyzje (tak naprawde nielatwa, nie mielismy na nia wiecej niz kilka dni, wiec bylo burzliwie, nocne Polakow rozmowy z menszem, z rodzina, z nowo nabytymi przyjaciolmi z mapping day, ktorzy mieli wyjechac do Solleftea a my do Kramfors, 40km odleglosci…) i po 6,5 miesiecznym kursie jezykowym w Warszawie, gdzie przez ten czas moj maz pracowal na kasie a syn chodzil drugi semestr do pierwszej klasy, zmienilismy adres na miejsce polozone 500km w las i szuwary na polnoc od stolicy, tam gdzie podobno zima losie i renifery biegaja dniami i nocyma… Tak twierdza poludniowcy. Znaczy sie nie Wlosi czy Hiszpanie ale poludnowi Szwedzi, czyli jakies 7 z 9 milionow mieszkajace ponizej linii Uppsala…

Nooo nie wiem jak oni, ja poza zoo przez prawie 8 lat widzialam losia chyba 3 razy, z tego raz klepe z malymi dostojnie oddalajaca sie z mojego wlasnego ogrodu, raz d… losia przeskakujacego pare metrow przed nami lesna sciezke i raz glupiego, zagapionego losia z dziobkiem, stojacego przy brzegu drogi.

Losie, renifery czy inne zwierzeta, nie to tak naprawde jest istota norrlandzkiej zimy. Jak wspomnialam determinuje ja jej dlugosc. To byla, upps wrooooc, jest moja siodma zima tutaj wiec mam niejaki oglad, choc ekspertem sie nie nazwe… pierwsze cztery zimy zaczynaly sie od konca pazdziernika do polowy listopada, a ja za poczatek prawdziwej zimy uznaje spadniecie porzadnej ilosci sniegu, ktory juz do wiosny nigdy nie topnieje. Jak zyc zapytacie???

Otoz moja odpowiedz moze Was zdziwi…. w koncu jak napisalam wyzej lubie ciepelko… ale skoro przyszlo mi zyc w krainie szuwarow, lodu i sniegu, to tak niby wczesne opady sniegu, maja swoja niewatpliwe zalety. Gdy o zieleni lata dawno zapominacie a piekne barwy krotkiej acz przepieknej zlotej a wlasciwie bardziej czerwonej szwedzkiej jesieni leza w postaci szarej papki pod nogami, gdy na dworze coraz zimniej i ciemniej i szarzej… nie ma nic piekniejszego niz lekki lub nieco mocniejszy mrozik i mnoooosto pieknego, swiezego, bialego puchu. Od razu robi sie jasniej, piekniej, bajkowo. Latwiej jest przetrwac te tygodnie z wyjatkowo krotkim dniem (w grudnu i styczniu slonce ponad wzgorzami od poludniowej strony miasta pokazuje sie na moze 2h… o ile nie ma chmur…) a jak do tego dolozycie pojawiajace sie w koncowce listopada adwentowe swieczniki i rozliczne lampki w oknach naprawde Szwecja staje sie calkiem znosna. Dlatego choc rasowy Svensson sprzata Boze Narodzenie z domu juz na 6 stycznia ja trzymam choinke i do konca miesiaca a lampki sa u mnie w kazdym oknie wiszace, stojace dopoki kolo drugiej polowy lutego ciemnosc nie zacznie popuszczac. Pozniej z reszta tez sa zalaczane jak tylko zapadnie zmrok…

Przekonalam sie o rozswietlajacej sile sniegu niestety przez ostatnie 3 zimy, z ta wlacznie z powodu jego braku az do konca gudnia a nawet stycznia :(. Czy wina jest efekt cieplarniany czy zmieniony Golfszrom, nie mam pojecia. Ale cos sie stalo i to chyba nowa tendencja, do ktorej bedzie sie mi jednak ciezko przyzwyczaic. Niby z jednej strony zima robi sie krotsza, ale jednoczesnie tak naprawde trudniejsza do zniesienia. No i jesli juz mialabym zime gdzies skracac, zapewniam, wolalabym skrocic ja wlasnie teraz, na wiosne.

Ale wrocmy na chwile do sniegu. Daje on jak wspomnialam cudne rozswietlenie, przykrywa szarosc, bloto, ale sa i ciemne strony jasnego sniegu, nie ukrywam… Np. kiedy sniegu spadnie w krotkim czasie bardzo, bardzo duzo. Coz wtedy przyda Wam sie solidna lopata… albo jeszcze lepiej sniegowy niedzwiedz – snöbjörn.

Lecz jesli jednego dnia wieczorem spadnie kilkadziesiat cm i kolejnego dnia rano podobna ilosc a odsniezajacy droge dojazdowa plug usypie Ci zaporowa zaspe ze zbitego sniegu, snöbjörn ci ja rozbije a snöslunga, odsniezarka, uratuje plecy przez przeciazeniem i wiele minut ciezkiej pracy.

Tak wiec z duzymi opadami sniegu, z malymi wyjatkami tak my jak i rodowici Szwedzi sobie nauczylismy sie radzic. A co jesli ta wieksza jak w pierwszych latach na przedwiosniu w marcu/kwietniu albo jak w ostatnich sezonach mniejsza ilosc sniegu czesto od razu jak spadnie albo raz w tygodniu jak przyjdzie ocieplenie (noooo i za co ja mam lubiec efekt cieplarniany i lagodniejsze zimy???) co chwile sie topi i znowu nad ranem przymarza??? DONT LIKE IT!!! no ale radzic sobie wciaz trzeba… jaka jest na to rada?

Odpadaja obcasiki, delikatnie kozaczki z polski na cienkiej podeszwie (nosze, oj noooosze ale wiosna i jesienia) – duzo duuuzo bardziej docenia sie sportowe albo traperkowate buty, na podeszwie z miekkiej, nie twardniejacej na kamien na mrozie gumy, ktora pod wplywem ciezaru ciala wczepia sie w podloze, ma odpowiedni bieznik a w niektorych momentach do tego wszystkiego trzeba dolaczyc albo nakladane na buty albo montowane na stale aaaaalbo dajace sie wmontowac w momencie korzystanie dzieki specjalnemu systemowi wbudowanemu w podeszwe KOLCE, KOLCE BUTY Z KOLCAMI lub z SYSTEMEM KOLCOW … nie sa to oczywiscie bliscy krewni rakow, ale jednak cos w tym stylu. Znow pod wplywem ciezaru ciala wbijaja sie w lod i zapewniaja przynajmniej szczatkowa przyczepnosc na lodzie. Jesli do pracy lub szkoly ma sie pod gorke (haha… chodzi mi o nachylenie terenu a nie niechec do pracy) lub nawet i z gorki a na calej szerokosci drogi zywy, jeszcze nie posypany kamyczkami lod, dzieki kolcom mozna dojsc i przezyc.

Tak, tak, kamyczki, skal tu dostatek, po wyrabywaniu tuneli na drogi i tunele kolejowe material sie rozdrabnia i cala zime sypie regularnie na chodniki i wiekszosc drog przy szklance. W Szwecji soli sie tylko najglowniejsze drogi i tam jest najczesciej standard czarnej drogi vel ciapki, ale i tam przy szklance czasami sypia kamienie (na dobre i na zle bo kamyczki moga strzelac spod kol i rozbic szybe innego auta, ale znow chodzi o choc szczatkowa przyczepnosc na lodzie tym razem aut…) – reszta pomniejszych drog jest odsniezana ale pozostaje biala. To oczywiscie przyczynia sie, ze temperatury okolo 0st daja regularna gololedz… kamyczki poza tym jak snieg na przemian topnieje i zaarza wtapiaja sie pod powierzchnie. Wtedy kolce na butach a takze na oponach samochodow naprawde ratuja zycie i zdrowie.

(Szwedzkie auta ciezarowe rzadko uzywaja opon z kolcami, takze w duzych miastach wjazd osobowka z kolcami w niektorych rejonach jest zabroniony po podobniez szkodza male czastki asfaltu wyrywane przez nie i unoszace sie w powietrzu, czytalam jednak artykul naukowy, ze to bullshit i wiecej zanieczyszczen w powietrzu pochodzi z innych zrodel jak spaliny, dym z piecow itp. i nie sa temu winne kolce… no ale jest jak jest. Wracajac do ciezarowek, ktore sa tu wieksze i ciezsze niz w reszcie kontynentalnej Europy, maja one w wiekszosci przypadkow opony zmieniane na ZIMOWE w nie jak polskie czy litewskie, lotewskie i inne na wielosezonowe, maja albo systemy lancuchow narzucanych pod kola albo piaskarki, rozsyujace pod kola piach… wiec jesli jakis T.I.R sie rozkraczy na norrlandzkich drogach rzadko jest to ciezarowka na szwedzkich blachach).
 
Jak wspomnialam opony zimowe (nordyckie, grubszy bieznik i inny odporny na mroz rodzaj gumy), kolce, piasek, lancuchy… Brzmi powaznie ale po sezonie czlowiek sie przyzwyczaja, wchodzi w rytm sniegowo-zimowy i staje sie to codziennoscia.. Nieco utrudnien na drodze jest nieuniknione, ale tutejsi drogowcy sa na snieg nastawieni. Przy czym ponawiam zapewnienie, ze mam na mysli Norrland. Na poludniu rownie czesto sa oni sniegiem zaskoczeni jak polscy drogowcy, hehe… O ile snieg nie spadnie w Wigilie czy w srodku nocy w niedziele, odsniezanie zaczyna sie prawie od razu, glowne przez rasowe odsniezarki, czesto z lopata rozkladana na szerokosc dwoch pasow (masakra wlec sie za taka przez kilkadziesiat km, ale zwykle jak tylko jest jakas zatoczka dobrze wychowani kierowcy zjezdzaja i przepuszczaja sznureczek aut). Mniejsze drogi zwykle odsniezaja ludzie z okolicy, zakntraktowani przez gmine, roznymi traktorami ze spychaczem.

Jesli jestesmy lub mamy udac sie w droge i porzadnie sniezy – jest i na to rada. Zwolnic, zalozyc dodatkowe porzadne swiatla hahaha… (no moze nie tyle, mielismy max 3szt.) i sprawic sobie autko z napedem na 4 lapy. Mamy takie od kilku lat, najpierw Hultaja czyli Hyundai SantaFe, potem jako drugie, moja autko na dojazdy do pracy Ignas czyli Suzuki Ignis a od niecalego roku Skoda Superb, nie tylko z napedem ale i z ogrzewaniem postojowym. Nie mielismy tego luksusu na poczatku wiec w naszym poczciwym Fordziku jezdzila z nami zawsze w trase ciepla odziez zimowa, skrzyneczka piasku, kable, kamizelki odblaskowe, termos z ciepla herbata itp. Warto tez jesli srodki pozwalaja miec dobry assitans najlepiej na cala Europe i mzliwosc podstawienia samochodu zasteczego, tak na w razie czego…

Wracajac jeszcze na chwile do ogrzewania autka, oczywiscie nie wszystkie jeszcze autka zwlaszcza starsze je maja, ale juz wiekszosc jest wyposazona albo doposazona w system ogrzewania motorvarme czyli grzalke w bloku silnika i czesto tez w srodku podlaczona do specjalnego kontaktu farelke – na wiekszosci parkingow tzw pod chmurke czyli kolo praca, bloku, a czesto i np. pod hotelami jest mozliwosc wykupienia miejsca z motorvärme i podlaczenia sie w okresie zimowym do slupka z pradem, na zewnatrz autka jest specjalne gniazdko i kabelkiem podlaczamy samochod. Albo na stale albo na 2-3 h wlacza sie prad, grzalka grzeje silnik, farelka nagrzewa wnetrze i zarowno autko jak i motor jest cieple jak sie chce wyjezdzac. Dobra rada – nie stawiajcie farelki na podszybiu, jesli nie macie w planach wymiany szyby, haha… No i jesli ogrzewanie wlaczane jest na krotko albo okresowo nalezy liczyc sie z tym, ze stopnialy snieg po odlaczeniu pradu na mroziku zamarznie w lod, w skrajny przypadku moze byc ciezko dostac sie do auta a na pewno warto nasmarowac uszczelki i miec specjalny maly spray do odmrazania zamkow, zeby uszczelki sie od mrozu i wilgoci nie skleily a zamek nie zamarzl…

Szwedzi maja przysłowie: Det finns inget dåligt väder, bara dåliga kläder. Nie ma zlej pogody, sa tylko zle ubrania. Nie znajac go jeszcze juz na poczatku pierwszej zimy zaopatrzylismy sie w kurki prawdziwie zimowe wg nas, wieeelkie, puchowe czule zwane Miszelinkami. Wiecie jakie to??? Gruuuube, puchaaaate, z wielkim kapturem z futrem, wyglada sie w nich doklaaadnie jak czlowieczek Michelina. W pewnym zakresie swoja funkcje spelanialy, czemu nie, chronily przed zimnem, wiatrem, sniegiem. Bardzo skutecznie chronily tez przed spoceniem sie, bo ograniczaly mozliwosc poruszania sie do minimum… hehe. W dodatku choc mialy miec odpornosc na niskie temperatury, mensza kurtka po 2 latach poddala sie mrozowi i material sie po prostu rozerwal (na szczescie nie tylko przyjeli po terminie reklamacje, ale oddali cala sume za kurtke w slepie – to sie nazywa frontem do klienta).  Chyba kazdy musi zaplacic frycowe, nas po prostu przerazila perspektywa temperatur, jakie moga tu byc.

Ekstremalny byl okres ok 4 tygodni chyba z 5 lat temu, kiedy temperatura nie rosla powyzej -25st. Jak pozniej skoczla do -25 czulismy sie jak na Hawajach… Ale okazalo sie, ze jesli potrzebujemy nie tylko stac na mrozie ale i sie przemieszczac, duuuzo lepiej sprawdza sie ubieranie na cebulke, w nowoczesne materialy. Wybor ubran tego typu jest tu ogromny, ceny bardzo rozne od podobnych do polskich do megazaporowych ale kazdy znajdzie cos dla siebie. A Szwedzi lubia sie zima ruszac, spacerowac, uprawiac sporty wiec w sklepach sportowych i odziezowych znajdzie sie kciuki na kazda pogode, kieszen i do kazdego rodzaju aktywnosci zimowej na swiezym powietrzu. Nie powiem, zebysmy i my wyssali potrzebe ruchu niezaleznie od pogody, temperatury czy ilosci sniegu z mlekiem matki, ale spacery w sniegu sa cudne, uwielbiam jak skrzypi pod nogami a z czasem czlowiek zaczyna znajdowac rozne rodzaje aktywnosci na swiezym zimowym powietrzu, ktore do niego pasuja…

Uczylismy sie juz tutaj jezdzic na nartach slalomem, ja nie wyszlam poza etap oslej laczki a ostatnie 3 lata z roznych wzgledow nie jezdzilam wcale, ale dziecko ma przynajmniej opanowane podstawy, wiec moze kiedys sie rozwinie. Okazalo sie ze przy -20 i tak na okolicznych stkach zamykaja wyciagi a np. moj monsz jezdzi przy mniejszym mrozie tylko z bieliznie ermoaktywnej i cienkiej piance.

Wielu Szwedow jak i znajomych Polakow uprawia narciarstwo biegowe i bardzo sobie ten sport chwala… mnie jakos nie pociaga, jak i bieganie, ale kto wie, moze jak sprobuje to pokocham? Spodobalo mi sie natomiast bardzo, bardzo jezdzenie na skuterach zimowych, najchetniej jako pasazer, bo ja sama jestem cykor do jednosladow czy jakis quadow, motorow, trajek, najbardziej pewnie czuje sie jednak w aucie, choc i tak nie uwazam sie za mistrza kierownicy… ale widoki, ped zimnego powietrza i jedzenie zrobione wlasnorecznie na sniegowym grillu to niezapomniane chwile z naszymi przyjaciolmi, ktore mam nadzieje, jeszcze kiedys powtorzymy… Do takich rozrywek niezbedne sa cieple, ale wygodne ciuchy, tak by mozna bylo wsiadac, zsiadac, rozlozyc sie, upichcic cos…

Jesli nie w smak komus sport lub po prostu nie ma sie na to czasu lub sily a na dworze zimno, czas zaopatrzec sie w cieple skarpety, sweterek, kocyk, rozpalic ogien w kominku i oddac sie lekturze. Np jakiegos fanego kryminalu w oryginale, np. Camilla Läckberg (Lekberi) czy Stieg Larsson (Stiiig Larszon). Dlugie zimowe wieczory lubimy tez spedzac ogladajac TV, filmy, programy, czesto po polsku ale i po szwedzku. Nie ma nic lepszego niz duza kanapa, rodzinny fredagsmyyyys (mysa czyt. miiiiyyysa oznacza wlasnie spedzanie czasu najczesciej z rodzina lub bliskimi znajomymi, zwykle w piatek – fredag, ewentualnie w weekend lub inne dni tygodnia, na wspolnym nicnierobieniu lub robieniu czegos, co wszyscy lubia… jacy Ci Szwedzi fajni, niektore szwedzkie wyrazy sa ta wieloznaczne lub pojemne w swoim znaczeniu, ze jak widzicie trzeba calego zdania, zeby opisac ich znaczenie i odczucia im towarzyszace w kazdej szwedzkiej i przysposobionoszwedzkiej rodzinie)…

Jak wspomnialam, jesli juz mialabym skracac zime czy ja lagodzic zdecydowanie postawilabym na ocieplenie marcowo-kwietniowe. Wczesniejsze zimy oferowaly zwykle piekny, sloneczny, choc jeszcze sniezny i mrozny luty, wtedy tez dzien zaczyna wygrywac znow z noca a slonce z chmurami, wiec luty bywa po prostu przepiekny. W tym roku sniegu jednak bylo malo, czesto podtapiany juz w styczniu byl bardziej zbity, brudny, nieladny, a luty nie dal zbyt wielu ladnych dni. W marcu akurat jak my przenikani zimnym wiatrzem, smagani deszczem ze sniegiem i przygnebieni chmurami odwiedzalismy rodzine i znajomych w kraju, tu w koncu przyszly marcowe sloneczne dni i po powrocie moglismy poczuc troche slonka na twarzy, cieplego powietrza. Oczywiscie snieg zaczal plynac strumieniem, nad ranem przymarzac (kolce rzadza) ale nadzieja rychlej wiosny sie budzi do zycia. Coraz latwiej wstawac, coraz blizej wyrownania wiosennego i lata. Ale droga tam jest zwykle dosc dluga, zima walczy, poddaje sie i znowu podnosi leb, snieg topi sie, zamarza, dopaduje, topi… jak sie stopi na chodnikach jest rowna wielocentymetrowa warstwa kamieni – nie zbiera sie ich poki pogoda sie nie ustabilizuje.

Dopoki ich nie zbiora, odpadaja cienkopodeszwowe wspomniane przeze mnie polskie butki zimowe i kozaczki. Odpada mycie okien, jakkolwiek w sloneczne dni widok ich nie lamalby mi serca… choc trudno uznac mnie za typowa matke-Polke latajaca z mopem i szmata… Odpadaja kwitnace przebisniegi i krokusy w marcu bo resztki sniegu moga lezec i w kwietniu a nawet zdarzaly sie solidne opady tego bialego go…a na ognisko z okazji Valborgafton czyli swieta Walpurgii na koniec kwietnia czy na poczatku maja – mam zdjecie bialej okolicy z 12 maja ktoregos roku.

Rownie dobrze wiele kwietniowych dni moze byc cieplych, jak tylko wyjdzie slonce temperatura odczuwalna skacze i do 20st a kazda komorka ciala wystawia sie do slonca i produkuje masowe ilosci vit. D. W jeden z majowych weekendow grillowalismy w pelnym sloncu a jeden odwazny wychowany w Szwecji cieplokrwisty kolega nawet sie wykapal w jeziorze, brrr…

Przezylam juz 4 ciezkie i 3 w sumie bylejakie zimy… Wole porzadne. Polubilam zime. Nauczylam sie tez jej regul. Tesknie w zimowe wieczory do slonca – zastepuja mi je wszelakie lampki i ciepla – kominek, skarpety, kocyk. I mimo wszystko da sie zyc… Bo przeciez i w Polsce w tym okresie jest zwykle zimno a czasami, jak np. teraz w marcu zimniej. Wiec nie narzekam za czesto na zime, no chyba, ze na brak sniegu i mrozu na BN. Ale jak wszyscy zlakniona czekam na WIOSNE…

I tym tymistycznym akcentem… zakoncze. Polecam Wam wpisy o zimie i strasznych strachach innych klubowiczek. Odnosniki TU albo TU.

Buziaki moi mili. Nastepny wpis bedzie albo z Alfabetu… Zdaje sie na E jaaaak… cos tam albo kolejny projekt klubowy. Bosz, bez Klubu nie poznalabym swietnej grupy Kobiet z calego swiata no i chyba juz nic bym nie pisala. Aporpos poznawania, odsylam do wpisu z zaprzyjaznionego bloga mojej imienniczki i rownolatki o spotkanie klubowych Szwedek przeze mnie zwolanym – nie przyjechala gora do Mahometa, Mahomet z Norrlandii wybral sie do gory.

Ciao.

D jak Deutschland, Dania i jak Dawid… ALFABET EMIGRACYJNY

Mija dwumiesiecznica wpisu na C. W takim tempie doczolgam sie do Z tak kolo 60tki.

Coz… Moze juz Wam wspominalam, ze gdzies tam we mnie zawsze tkwil gen emigracji. Kocham Polske i zawsze bedzie to moja Ojczyzna, ale nie do konca odnajduje sie w typowej polskiej mentalnosci, jak na przyklad tendencji do narzekania i krytykanctwa nawet gdy jest dobrze, do klocenia sie miedzy soba, jak brak zewnetrznego wroga czy tez kombinowania. Oczywiscie te cechy moga miec jasniejsza strone, narzekanie moze oznaczac potem niezgode na stan obecny i sile do zmiany, klocenie sie przyda sie jednak jak wrog wewnetrzeny czy zewnetrzny nam mocno dopiecze – zgodnie z haslem kto nie krzyczy i nie tupie, tego wszyscy maja w d…e a umiejetnosci kombinowania przydaje sie w rozwiazywaniu problemow w sprytny sposob.

Tak czy siak uwazam, ze dzieki emigracji odnalazlam w sobie wiecej czulosci i milosci do mojego kraju, niz bylabym stanie zyjac w nim.

Kiedy jeszcze studiowalam, zastanawialismy sie, czy jest dla nas opcja zycia gdzies indziej niz w Polsce. Mam bliska rodzine w Niemczech, siostre Mamy, a moja Chrzestna Matke, z mezem i synem. (Syn, moj kuzyn w lecie wzial slub z piekna dziewczyna, Polska z pochodzenia tez w Niemczech wychowana, wiec mam teraz i kuzynke.)

Przez wiele lat z mniejszym lub wiekszym zapalem uczylam sie niemieckiego, w EMPIKu, prywatnie, w ogolniaku z matura zdana na 6 😉 i na studiach medycznych. (Teraz uwazam, ze byl to troche blad i pojscie na latwizne, angielski przydalby mi sie duzo bardziej, ale wybralam wyjscie latwiejsze do ogarniecia a na brak nauki nie narzekalam.)

Pierwsza mysl byla wiec moze na Zachod? Dosc blisko, przynajniej bez morza po drodze, jezyk juz cos znam… nawet sie z pomoca znalezionej lektorki a potem nawet kolezanki podszkalalismy jezykowo, ale kiedy poczytalam o warunkach pracy lekarzy w Niemczech poczulam, ze to nie do konca to…

Po kilku latach, jak juz bylam po stazu i nawet psim swedem zalapalam sie na luksus dla mlodego lekarza – etat, rozmawialismy dalej, dosc luzno jakie mamy mozliwwosci w Polsce – ja biegajaca przez wiele lat z pracy do pracy, dorabiajaca w gabinecie prywatnym, moze w jakims ZUS, plus dyzury, zeby splacic kredys na 2-3 pokojowe mieszkanie we frankach albo zarzynanie sie na budowe domu, do czego sie w ogole nie nadaje… Ciagle nerwy i utarczki z NFZ, za wlasne pieniadze jezdzenie na kursy, szkolenia, kupowanie ksiazkek… Monsz wlasnie odchodzil ze slepu, ktory nie wytrzymal konkurencji marketow, przeszedl do formu egzekujacej ubezpieczenia. ale to nie bylo to z roznych wzgledow… Kiedy stosunki w tej firmie doprowadzily go na skraj choroby wrzodowej i depresji, powiedzielismy basta. Nie tak, nie my.

Dawid, nasz syn jedyny jak sie okazalo z czasem, mial wtedy 6,5 roku, wlasnie mial zaczac nauke w 1 klasie. Chowal nam sie generalnie zdrowo i bez wiekszych problemow, ale troche wysilku wymagal jego rozwoj mowy, seplenienie, bardzo niewyrazne mowienie, problemy z ogarnianiem rzeczywistosci. Zostal dpuszczony jako rocznikowy 7latek do szkoly, ale z zaznaczeniem ze nie do konca jest do tego dojrzaly. (Puszczenie go jako 6latka, czyli faktycznie w wieku 5 lat 9 miesiecy byloby totalnym nieporozumieniem, ciesze sie, ze go to i nas ominelo.)

Poczatki nie byly wcale latwe. Polska szkola jaka jest, kazdy widzi. Wiele godzin spedzane kazdego dnia nad zadaniami, Dawida i nasza frustracja, zdenerwowanie, zmeczenie nie pomagaly. Dziecinstwo generalnie mu sie skonczylo, powazne zycie dyszalo nad ramieniem. I to nie bylo do konca fair, bo od pierwszych tygodni zniechecalo jego a i nas do szkoly.

Czulismy wiec cisnienie, ze jesli cos zmienic, wyrwac go z korzeniami to w miare szybko. Kiedy Niemcy odpadly, wybor padl na Skandynawie. Rodzina, rozumiejac juz, ze nas nie zatrzymaja wybor nawet popierala, nie bez kozery kraje skandynawskie maja dobry PR. Najpierw znow myslelismy o polozonej w niezadalekiej odleglosci ladowej Danii. Ale jej rynek pracy dla lekarzy na ta chwile byl wysycony i byly oferty tylko do Szwecji.

Po kilku miesiacach oczekiwania od pierwszych testow jezykowych (z wybranego jezyka w moim przypadku przepustka do Szwecji okazal sie niemiecki) i probnych lekcji, po raz pierwszy w moim zyciu, na kilka dni przed 7mymi urodzinami syna, polecialam z mezem samolotem a nawet dwoma w jedna strone na jak sie potem okazalo calkiem daleka polnoc Szwecji i po rozmowie – tu juz musialam wysilic moj licealny angielski, dostalam propozycje pracy.

Nie do konca chyba zdajac sobie sprawe z konsekwencji mojego czynu i wyboru, po moze 2 dniowym rozwazaniu sprawy z menszem podjelismy decyzje, JEDZIEMY… teraz, wszystko albo nic. Czulismy, ze w Polsce poza Rodzina niewiele nas trzyma a nowe ciagnie i ze wszyscy potrzebujemy zmiany, nowego startu. Dawid nie uczestniczyl w podejmowaniu decyzji, ale byl o wszystkim informowany i ciekawy jako to bedzie choc jednoczesnie jak to dziecko – przerazony.

Czekala nas jeszcze najpierw przeprowadzka cala rodzina na kilka miesiecy do Warszawki na kurs szwedzkiego (nie chcielismy sie rozstawac i w ten to sposob Dawid pol roku chodzil do szkoly w 100licy a monsz pracowal w sklepie sieci Select ale bez stacji, za to ze stacja TVN w poblizu i mial okazje sprzedawac pifko wielu znanym osobom), pewne moje przygody zdrowotne, ktore nieoczekiwanie moglu nam zycie wywrocic do gory nogami, pakowanie, wyrzucanie i juz moglismy rozpoczac nasza wielka szwedzka przygode.

Niezauwazalnie minelo nam kilka dni temu 7,5 roku bytnosci tu, prawie polowa zycia naszego syna i choc bylo wiele momentow trudnych to wyszlismy z nich obronna reka i mamy nadzieje z kolejnych tez wyjdziemy. Trzeba bylo do tego duzo cierpliwosci, ogromu pokory, sporo zaparcia i masy szczescia i do fajnych ludzi i sytuacji. A jednoczesnie mimo tych trudnosci, czujemy, ze to byla wlasciwa decyzja. Ze zyje nam sie latwiej, lepiej, spokojniej, dostatniej…

Ale o tym cos wiecej przy innej okazji.

C jak Ceny

Powoli i ociezale kontyuuje swoj Alfabet Emigracyjny. Mialam najpierw pomysl, zeby pisac o C jak Czas. Ale czas mijal a ja nie moglam jakos wymyslec co mam napisac. Moglabym w sumie ujac to w jednym zdaniu. Czas tutaj tez mija. Chyba inaczej, wolniej nic w Polsce, choc czasami mam wrazenie, ze jednak tez galopuje. Na pewno mam go wiecej dla Rodziny, bo nie musze biegac po kilku pracach, tylko moge skupic sie na jednej, ale ta praca jest angazujaca, odpowiedzialna i absorbujaca, wiec czasami czuje sie po dniu w przychodni tak psychicznie zmeczona, ze sil na inne aktywnosci brakuje. Z drugiej strony w Polsce stopniowo bylabym tez coraz bardziej odpowiedzialna za swoje lekarskie czyny a tam nie mialabym wsparcia w takim wspanialym zespole, wiec raczej nie bylabym mniej zmeczona.

Postanowilam wiec opowiedziec Wam w kilku zdaniach o C jak Ceny. Kwestia bolesna dla wszystkich, ktorzy maja w planach zwiedzanie Szwecji a jeszcze bolesniejsza w Norwegii. Nie powiem Wam wiec nic nowego. Generalnie jest drozej. Nawet jezeli ceny w Polsce tez stopniowo rosna i zaczynaja aspirowac poziomem do cen europejskich to Polska jest i chyba pozostanie krajem tanszym do kupowania i zycia. Dlatego jesli przyjezdzacie tu na krotko macie do wyboru albo przywiezc ze soba troche jedzenia, jakies puszki, chleb, zeby opedzic sie jedzeniowo mniejszym kosztem, albo… przez te kilka dni pozwolic sobie nie myslec za bardzoo cenach. Z reszta mam znajomych, takich, ktorzy mieszkaja w Polsce i nas odwiedzali, ktorzy podsumowali, ze nie jest az TAK strasznie 😉 da sie cenowo wytrzymac.

W codziennym zyciu nie sa to tez roznice az tak odczuwalne, jak sie tu mieszka, pracuje, zarabia i wydaje. Drogi na pewno jest chleb, zwlaszcza taki, ktory z naszego polskiego punktu widzenia na ta nazwe zasluguje, smaczny, nieslodki, niegliniasty. Ale i w tej dziedzinie poprawilo sie w ostatnich latach m.in dzieki piekarni w Lidlu. Oczywscie pieka oni z polproduktow, ale chleb pachnie, smakuje prawie jak polski i zanizyl ceny. Szkoda, ze nie mamy poki co Lidla u nas w miasteczku.

Mieso tez jest ciut drozsze, pamietam, jak na poczatku dziwilo mnie, ze mrozony kurczak jest duzo tanszy niz niemrozony, mozna to ewentualnie uzasadnic zawartoscia wody 😉 Droga jest zwlaszcza wolowina, ale przeciez kawalek dobrej poledwicy wolowej w Polsce tez kosztuje sporo no i jak czesto sie wolowine kupuje…

Chemia, kosmetyki… troche jest mi brak tanich marek, takich jak polska Ziaja, rzeczywiscie glownie sa tu kosmetyki marek swiatowych, ale da sie je kupic okazyjnie taniej bo sa sklepy dyskontowe czy wyprzedazowe jak Rusta, Dollars czy ÖoB. Inne rzeczy sa troche drozsze, ale sprawdzajac dane ze znajomymi i rodzina, chyba sie przez te ostatnie lata roznice zatarly. Poza tym raz w roku staram sie sobie uzupelnic moje ulubione kosmetyki z Polski i potem tylko wyjmuje sobie z magazynku. Kosmetykow nie kupie sobie w polskim sklepie w sztokholmie, przynajmniej tych ulubionych, wiec to wciaz woze z kraju, bo juz jedzeniowych zakupow prawie nie wozimy.

Jest dziedzina zakupow kobiecych, w ktorych polskich cen, ale przede wszystkim roznorodnosci barw, ksztaltow, materialow bedzie mi chyba zawsze brakowac. Nieeee nie sa to ciuchy, a przynajmniej nie najbardziej. Za to torebki i buty… cooooz. Buty kobiece nie sa Szwedow silna strona, dominuje czern, brzydkie, malokobiece modele, albo cena wali o glebe. Nic wiec az tak dziwnego, ze mam spora kolekcje butow i torebek z Polski, a ze mam fisia na punkcie kolorow, wiec sa one w (prawie) wszystkich kolorach teczy 😉 i jest mi z tym dobrze. Maz troche marudzi,ze juz sie nie mieszcza, ale coz… jakos  przezyje. Torebki jeszcze od biedy mozna znalezc i tutaj, kolorki mniej urozmaicone, cena wyzsza… ale to co mi najbardziej przeszkadza to ich wykonczenie. Czesto zamek jest metalowy, taki ordynarny, nie pasujacy do stylu i koloru torebki, ze odrzucam ja nie zw wzgledu na kolor czy cene a wlasnie taki detal…

W kwestii elektroniki, sprzetu AGD roznice sa prawie niezauwazalne. Oczywiscie znajdziecie rzeczy tansze w Polsce, ale pewnie i takie tansze w Szwecji. Generalnie sprzety tak czy siak prawie w 100% kupujemy tutaj, a to ze wzgledu na mozliwosc zwrotu tzw. öppet köp (otwarty zakup, mozna w podanym przez sklep terminie po prostu zwrocic towar, bez podania przyczyny i dyskusji) i w 95% swietnie dzialajaca obsluge reklamacji i gwarancji oraz ubezpieczenia a w przypadku sprzetu ma to znaczenie.

Paliwo jest o jakies 30% drozsze, ale da sie znalezc stacje, zwlaszcza te bezobslugowe, tzn bez personelu typu preem, okQ8 itp i roznica na cenie litra paliwa moze dochodzic do nawet okolo korony. A najtansze paliwo w Szwecji mamy w naszej okolicy, w Härnösand, wiec zachecam do odwiedzenia nas i zatankowania przy okazji  haha… Niestety cena paliwa nie zawiera podatku drogowego, ktory placi sie oddzielnie, zaleznie od posiadanego auta, wydmuchowanego CO2, rodzaju silnika. Ale jestem w stanie ten podatek w sumie odzalowac. Bo stan drog, nawierzchni jest duuuzo duuuzo lepszy niz 80% drog w Polsce – siatka autostrad sie rozbudowuje, ale wiele mniejszych drog jest w oplakanym stanie… No i za autostrady w Polsce sie placi, w Szweji placi sie tylko za przejazd niektorymi mostami, tymi najwiekszymi.

To co w Szwecji jest zdecydowanie drozsze to wszelkiego rodzaju uslugi. A wyjasnienie jest jedno, wazne i istotne. Po prostu praca ludzka w tym kraju jest ceniona wyzej i jesli wykonanie czegos wiaze sie z poswieceniem na to czyjegos czasu, coz cena musi byc wyzsza. Cena uslug jest tego negatywna strona, wysokosc zarobkow statystycznego Szweda – pozytywna.

To co moze bardziej bolec w przypadku, gdy sie jest plantnikiem jest tempo wykonywania pracy przez statystycznego szwedzkiego robotnika, zwlaszcza jesli jest to hydraulik, kafelkarz czy inny specjalista remontujacy Ci dom. Taaak, bo w Szwecji jest scisla specjalizacja, rzadko zdarza sie fachman, umiejacy wszystko. Ma to swoje zalety, bo ilu polskich fachowcow niby umie wszystko a naprawde nic nie umie, ma wady, bo czasami powoduje przerwy w remoncie, na czekanie az nastepny specjalista bedzie mial czas sie nami zajac. stad polskie, sprawdzone, kilkuosobowe i wszechstronne ekipy polskich budowlancow, sa bardzo cenione i poszukiwane w Szwecji. Sa konkurencyjni cenowo, choc jesli pracuja na bialo to nie moga dac polskich stawek, ale powiedzmy, ze daja rozsadniejsze niz szwedzkie, zwykle oferuja pelen wachlarz uslug i tempo pracy. Jesli Szwed chce miec fakture to jeszcze odliczy sobie czesc kosztow samej robocizny od podatkow.

To co mnie boli bardziej to ceny uslug kobiecych a zwlaszcza chyba fryzjerstwa. Jakos nie moge, mimo walki przelmac w sobie niecheci do placenia za sciecie 400sek (niecale 200zl) albo ponad 1000sek (450zl) za farbowanie. Polskich fryzjerow, kosmetyczek itp dziala na pewno sporo w wiekszych miastach, jedne oficjalnie, inne w szarej strefie. Ceny zwykle maja konkurencyjne, na pewno sa kreatywniejsze. No i zawsze milo sobie poplotkowac przy kawie. No ale te uslugi nie sa dostepne dla mnie, mieszkajacej poki co na polnocy… Dlatego wlosy scinam najczesciej przy okazji pobytow w Polsce ok 2x w roku, czasami tutaj, Farbuje w domu albo w Polsce ;) Jak sie jednak kiedys przeprowadziy gdzies blizej lotniska mam zamiar urzadzac sobie wypady do Polski na zadbanie o siebie i kawke z ploteczkami z polskimi kolezankami. Ale to w przyszlosci.

Roznica na niekorzysc Szwecji czesto jest tez w cenach aut i pojazdow roznych, tak nowych jak i uzywanych. ALE w przypadku nowych aut warto popatrzec na oferowane wyposazenie bo najczesniej w Szwecji nie sa ferowane wersje najubozsze tzw golasy, pewne rzeczy sa wrecz w standardzie, glownie ze wzgledu na odmienne warunki pogdowe. Mozna tez bardzo czesto negocjowac cene, dostac jakies dodatkowe gadzety, opony, ubezpieczenie. Jesli wiec roznica w cenie nie jest znaczna moze sie oplacic. Zwlaszcza jesli chce sie iec auto tu zarejestrowane i moc je dalej tu odsprzedac. A w przypadku aut uzywanych szwedzkich, duzo trudniej dac sie oszukac, jest mozliwosc sprawdzenia oficjalnego przebegu a kupujac od salonu czesto nawet na starsze auto mozna dostac atrakyjne ubezpeczenie, dajace nieco wiekszy spokoj po zakupie.

Dyskusji o cenach nie wolno przeprowadzac w oderwaniu od rzeczywistosci. Pamietam nasze ciagle pytania o ceny skierowane do rodziny mieszkajacej w Niemczach, na ktora oni zawsze odpowiadali, ze takie porownywanie nie ma sensu bo ceny trzeba odnosic do zarobkow. I powiem tak… przecietny Szwed, zarabiajacy srednia krajowa jakos sobie radzi. Jak jest to para z dwojka dzieci, nie za drogim domem i normalnymi wydatkami na jedzenie, atrakcje to zwykle stac ich na auto albo dwa, moze nie najnowsze ale dzialajace, na splacanie pozyczki za dom i wakacje – np. w Turcji… ktora nie wiadomo dlaczego jest chyba najtanszym i najpopularniejszym celem podrozy dla rodzin z malymi dziecmi….Mimo, ze cenowe porownaniu praktycznie zawsze wypada na niekorzysc mojej nowej Ojczyzny to jednak albo nie marudze i place ta wyzsza cene, albo nauczylam sie sobie radzic z niedogodnosciami w ten czy inny sposob. Bo choc zarabiam troche wiecej niz srednia krajowa, wiadomo, ze nie lubie wydawac za duzo pieniedzy bez potrzeby 😉 hehe…

Tyle na dzis. Nie mam pomyslu na wpis na Ć … wiec pewnie kolejny bedzie D jak…

CDN.

Choc Szwecja to dzis moja druga Ojczyzna, nie moge sie przyzwyczaic do…

Z tym emigrowaniem za granice roznie bywa. Niektorzy emigranci wyjezdzaja sami, na chwile, zarobic na cos – auto, mieszkanie, dom, leczenie i wrocic. Albo w poszukiwaniu innego zycia, pracy za godna pensje, spokojniejszego zycia. Czasem wyjezdza para, malzenstwo, jesli maja potomstwo, dzieci zostaja czesto pod opieka rodziny. W Polsce w ostatnich latach sporo przybylo takich emigracyjnych „sierot”.

Taki scenariusz w naszym przypadku w gre nie wchodzil. Tylko wyjazd calej rodziny bralismy pod uwage. A ze moj gen emigracji dzialal od dawna, myslelismy od poczatku o tym, ze bedze to wyjazd na stale albo przynajmniej na dlugo. Do pracy, do nowego zycia, by na nowe ziemi zbudowac nasze zycie od nowa. Bo choc Polske kochalismy, kochamy, kochac bedziemy i za nia i za nasza Rodzina tesknimy, nie potrafilismy w kraju naszego urodzenia dalej zyc i pozostac w zgodzie ze naszymi wartosciami, planami, oczekiwaniami, marzeniami.

Przeczytalam dzis wypowiedz mojej imienniczki p. Agnieszka Holland, ktora pasuje do mojego nastawienia. Pozwole sobie zacytowac:”Człowiek kocha tę rodzinę, ale czuje, że nie może się rozwinąć, nie może żyć, nie może odetchnąć pełną piersią. Więc wyjeżdża…”

O tyle bylo nam latwiej z takim nastawieniem tu sie zaaklimatyzowac, ze bylismy nastawienie na poznawanie, uczenie sie, dopasowywanie, nie stalismy w rozkroku z jedna noga jeszcze tam a druga juz tutaj. Nie, nie chcielismy stac sie Szwedami, ale chcielismy sie o nowym kraju duzo dowiedziec, jakos ta nowa rzeczywistosc oswoic, przysposobic.

Na szczescie  ja jechalam juz z jakims tam poziomem jezyka, moi chopcy musieli ta robote wykonac na miejscu. Stopniowo przyszedl czas na czytanie gazet, ksiazek, ogladanie TV czy kino. Bylo dla mnie niesamowita przyjemnoscia przeczytanie w oryginale sagi Millenium Larssona czy obejrzenie serialu komediowego podsmiewujacego sie ze szwedzkich wad Welcome to Sweden.

W kuchni wielkie zmiany nie zaszly, niektorych potraw nie ma w sklepie, jak chce zjesc pierogi musze je sobie zrobic (naprawde Mamutku ;)), ogolnie jemy raczej europejsko z akcentami polskimi, ale kilka szwedzkich potraw jest niczego sobie.

Muzyki sluchamy roznej, choc jakos szwedzka nam nie wpadla w ucho. Przez pierwsze lata mielismy glownie polskich znajomych, w wiekszosci calkowicie zaprzeczajacych przekonaniu, ze nikt Ci tak na obczyznie nie zaszkodzi jak Rodak. Ale po jakims czasie stopniowo grono znajomych szwedzkich jednak zaczelo sie powiekszac. Co jest wspaniale, bo sa to ludzie otwarci, weseli, chcacy nas nauczyc cos o Szwecji i sami od nas sie uczacy innego spojrzenia na swoj kraj i otwartosci na nasza Ojczyzne, Polske.

Pomysl na nowy projekt Klubu Polki na Obczyznie powstal w burzliwych umyslach czlonkin i wzbudzil poniekad spory zapal. Lista chetnych do pisania szybko sie zapelnila – ktora Polka lub Polak odpuscliby mozliwosc ponarzekania 😉 choc to nie O TO tak naprawde w tym projekcie chodzi. Wielu komentujacych wczesniejsze wpisy nie do konca zrozumialy te towarzyszaca nam intencje.

U mnie niewielu czytelnikow, trolli chyba zadnych sie nie spodziewam, wiec licze na Wasz inteligencje i ze potraktujecie ten wpis z lekkim przymruzeniem oka. Jesli macie ochote poczytac inne wpisy dotyczace wielu europejskich i pozaeuropejskich krajow, zajrzyjcie TUTAJ. A o Szwecji pisaly juz GABI , POLKA W SZWECJI i HEMMA HOS JOHANSSONS oraz AGNES – mam nadzieje,ze zadnej Szwedzki nie pominelam?

Przejdzmy do wypelnienia zobowiazania projektowego, nie wiem ile rzeczy mi tu wyjdzie… (A jak zblizycie sie do konca, nie zapomnijcie przeczytac o tym, komu akcja jest poswiecona!!!)

Zacznijmy od…

1. BIUROKRACJI – coz… chyba stalszym czytelnikom mojego bloga nie musze wiele wyjasniac. Popelnilam ostatnio wpis na ten temat. Jest to moje chyba pierwsze zetkniecie z taka sciana szwedzkiej biurokracji, nie poddajaca sie ani logice ani telefonom z prawa i lewa w mojej sprawie.

Ale Szwedow uwielbienie slowa pisanego, czapkowanie zasadom, regulom, instrukcjom, wytycznym jest wszechobecne. Oczywiscie to nie jest tak, ze Szwedzi sa tacy swieci (maja tylko bardzo dobry PR na swiecie i sami sa wychowani w szacunku dla tego co jest po szwedzku zrobione) i zadnych od nich odstepstw nie robia w zyciu, ale maja jednak mniejsza tendencje do zycia w odcieniach szarosci niz ogolnie mowiac Polacy.

Zazawyczaj zauwazam tego spore zalety, czasami jest mi to doskonale obojetne. Tym razem okazalo sie to byc moim wrogiem. Chyba wrogiem nie do przejscia. Co sie okaze w ciagu tygodnia.

2. NUMEROLOGIA – ciag dalszy szwedzkiego uporzadkowania. W kolejce w aptece, Izbie przyjec, rejestracji, na Poczcie, w stoisku wedliniarskim, serowym, wszedzie, gdzie nie ma samoobslugi, znajduja sie male automaciki lub wieksze, ktore po nacisnieciu przycisku zaopatruja Cie w numerek. Podlug tego numerka jestes obslugiwany. Ni wczesniej ni pozniej. Nie moglam sie w ogole dluuuugo  do tego przyzwyczaic, choc widze zalety. Mozna sobie spokojnie usiasc z boku zamiast deptac sobie po palcach i dyszec w kark osobie przed Toba. Ba, raz jak na Poczcie przede mna bylo chyba z 8 osob, zdazylam jeszcze szybkie zakupy zrobic na hali (u nas Poczta jest w markecie, tuz obok kas i sklepiku z fika), zanim moja kolejka przyszla i nie musialam sie nikomu tlumaczyc, zajmowac sobie miejsca. Ryzyk fizyk mogla mi ewentualnie kolejka przepasc.

Ale do jednego aspektu kolejkowego nie potrafie sie przyzwyczaic. Jak wchodze gdzies, nie ma NIKOGO. A nikt mnie nie obluzy, poki sobie tego numerka nie nadam 😉 po czym 5sek pozniej on sie nie wyswietli na tablicy… wtedy mozna podejsc. Noooooo wiecie co, haha, az moja polska dusycka chce to obejsc. Czasami sie nawet udaje…

3. SPOTKANIA – calkowite przeciwienstwo Polski, gdzie tak wiele spraw zalatwia sie z kolegami z pracy w przelocie a zasady czesto sa nadawane odgornie a nie dyskutowane i analizowane przez tych, ktorych beda dotyczyc. I o ole wiadomo, ustawy, zalecenia oszczednosci budzetowych sa ustalane na wyzszym szczeblu, o tyle mnostwo spraw fajnie jest moc przedyskutowac w jakims mniejszym gronie, zrobic burze mozgow, podzielic sie swoja i zaczepnac z wiedzy innych itp. Jednak w Szwecji czasami az glowa peka od tych wszystkich spotkan.

Przyklad? Co tydzien 4h we wtorki dopoludnia siedzimy na konferencji. Najpierw nowe skierowania, potem rozdzial spraw, gdzie trzeba przyjac telefoniczne zglodzenie od pacjenta, kolejna czesc to raportowanie od osob, ktore robily pierwsza ocene nowych pacjentow, tzw bedömninssamtal, zeby ustalic co z nimi dalej, nastepnie kazdy moze podniesc jakichs swoich problematycznych pacjentow czyli takich kotrych ja lekarz np. chce skierowac do psychologa albo takich spraw ktorych osoba prowadzaca terapie potrzebuje sie poradzic. Ogolnie potrzebne spotkania wiadomo. Ale czasami siedzac te 4h dostaje juz bilaej goraczki. Ale to nic. Bo co 4tygodnie PO tych godzinach sedzimy KOLEJNE 4h po lunchu na tzw APT Arbetsplatsträff czyli spotkania osob pracujacych w danym miejscu pracy. Tu szef daje nam informacje z tego co sie dzieje w organizacji, dyskutujemy rozne mniej lub bardziej wazne sprawy administracyjne. Tez potrzebne. Owszem. Ale czasami podjecie najprostszej decyzji trwaaaaaaaaaaa tyyyyyyyllllleee, ze umieram. Juz nie mowiac o decyzjach powazniejszych.Choc one zwykle zapadaja na Dniu Planowania Paneringsdag. Taki mamy srednio raz do roku, zwykle gdzies poza praca, siedzimy wtedy caly dzien, czesciowo wszyscy, potem jest praca w podgrupach, zeby kazdy mogl dojsc do glosu i potem opowiedzenie do czego doszlismy na forum ogolnym. Analiza konsekwencji i nastepstw, zyskow i strat. Propozycja zmiany, postanowienie od kiedy i kiedy skontrolowac, jak to dziala…

Ale zeby to wszystko nieeeee… Lekarze maja swoje spotkanie oddzielnie, ok 2h, do tej pory mielismy lokalnie co 2 tygodnie bo bywal na nim nasz szef, teraz mamy reorganizacje w klinike wojewodzka, szefowa siedzi w Svall, wiec nasze lokalne beda co 4tyg a jeszcze przez video tzn taka aplikacje, rodzaj Skype, raz w mesiacy mamy spotkanie z wszystkimi lekarzami na psychiatrii w wojewodztwie…

ITD. Oszczedze Wam wiekszej ilosci detali. Ja ogolnie samo to, ze rozmawiamy bardzo baaaaaardzo lubie. Uwazam, ze to konieczne dla rozwoju i wspolpracy. Tylko czaaasami mam dosc ilosci tych spotkan. Zwlaszcza jesli sa bezpproduktywne.

4. SNUS – slyszeliscie? TU mozecie przeczytac pare slow na ten temat. Ogolnie ja NIENAWIDZE papierosow. Zwlaszcza palenia przy jedzeniu czy kiedy ktos idzie tuz przede mna albo stoi na przystanku i dmucha mi dymem w nos. Nigdy nie palilam. Popalam pojedyncze papierosy na imprezie. Glownie,zeby dostac troche nikotyny do krwioobiegu i uniknac bolu glowy, troche ze wzgledow plotkarsko-towarzyskich. Ale na trzezwo, w domu, bleeeee… Snus niby jest tych rzeczy, ktore mnie denerwuja w papierosach, smrodu, dymu pozbawiony. Czemu wiec darze go antypatia. Najgorszy jest luzny snus, wyobrazcie sobie usmiech osoby, ktora ma to na dziasle nad zebami, jak to wyglada??? Albo jak ktos spluwa tym kolo Was? Mam odruch wymiotny, no nic na to nie poradze. Zwlaszcza, jak jest to ladna, fajna dziewczyna… Snus w torebkach jest nieco tylko lepszy, ale obserwowanie niektorych moich wspolpracownikow, jak go namietnie wyciagaja oslinionego spod wargi, pakuja do pudeleczka, wyciagaja kolejny i pakuja pod warge… nooooo bleeeeee… PUBLICZNIE? Ja rozumiem nalog… niby otoczeniu nie wadzi. Ale razi moje poczucie dobrego smaku…

5. SYSTEMBOLAGET – kolejny nalog. Calkowicie w zasadzie znacjonalizowany. Panstwo kladzie lape na wszystkich podatkach ze sprzedazy. Przynajmniej tej oficjalnej. Nie, nie jestem alkoholiczka. Taaaak wiem i tak bym sie nie przyznala, faza zaprzeczenia. Ale lubie sie napic. Czasami dronka z mezem. Czasem na imprezie. To, ze musze ja planowac z wyprzedzeniem, bo po 18 w dni powszednie, po 19 w czwartki i po 13 w sb oraz wcale w niedziele nie moge kupic sobie alkoholu – nie dlatego, ze mieszkam na wsi, tylko dlatego, ze alkoholowy zamkniety??? Oczywiscie ani Szwed ani Polak glupi nie jest – my i tak mamy sporo zapasu alkoholu z Polski wszelakiego, w tym takiego,jakiego tu nie ma, oraz zakupy robimy na wolnoclowce i przywozimy z wyjazdow wakacyjnych na wyspy rozne, Szwedzi pedza sobie w domu na uzytek wlasny, meliny na pewno w miescie istnieja, wiem, ze sa od pacjentow i kolegow, choc nie wiem gdzie bo mi ta wiedza niepotrzebna.

W zwiazku tym propaganda uzasadniajaca istnienie kontroli Panstwa nad handlem alkoholem statystyka, zmniejszaniem ryzyka, ze biedne szwedzie dzieci beda sie chowaly w domach z pijacymi rodzicami, do mnie nie trafia. (filmiki sa na YOUTUBE np. TEN czy TEN ).

Jak ktos bedzie chcial pic za duzo, bo jest chory, ZADNA propaganda i statystyka go nie powstrzyma bo albo pedzi sam, albo wie kto pedzi albo wypije wszystko co ma alkohol. Taka to choroba. A normalni, zdrowi ludzie powinni byc traktowani jak dorosli i moc sobie alkohol zakupic jak ich najdzie potrzeba. Normalnie w sklepie – nie tak do 3,5%… Skoro juz ktos to kiedys dopuscil do obrotu… Taka jest moja opinia, choc z alkoholikami stykam sie w pracy i widzie ile alkohol czyni zla. Ale nie czyni go mniej w Szwecji mimo tych dzialan,a pielgrzymki do Systemu w czw i pt sa jak w Polsce na Jasna Gore…I Panstwo zaraaaaabiaaaa… W sumie az dziw, ze jeszcze nie zalegalizowali marihuany…

Do niedawna podobnie sprawa sie miala z lekami, jak przyjechalismy poza apteka nie bylo ZADNYCH lekow. Chyba z 5 lat temu nastapilo odpanstwowienie, powstalo kilka sieci aptek i troche mniejszych prywatnych w duzych miastach. Tu jestem nieco bardziej sklonna przytaknac pewnej kontroli, np. ostatnio ze sklepow wycofano preparaty Paracetamolu, ktore sporo osob uzywalo do prob samobojczych, zalatwiajac sobie na cacy watrobe. Tu na pewno trzeba sporo edukacji, choc Szwedzi sa i tak dokladniejsi niz Polacy z informacja o lekach w aptece, no ale nie uzyskasz tej informacji poza nia…

6. LAGOM (szw. w sam raz, akurat, nie za duzo, nie za malo itp) i JANTELAGEN (PRAWO JANTE) – czasami przyczyniaja sie do tego, ze Szwedzi chowaja sie za taka maska politycznie poprawnych, nie wystajacych, nie umiejacych sie przepychac lokciami, bronic swoich przekonan, wystawac ponad innych. Chca byc akuratni, pasowac wszystkim, a we wspolczensym swiecie taka postawa nie sprawdza sie. Pewnie, ze nie jestem zwolenniczka drugiego biegunu i ze nie wszyscy Szwedzi tacy sa, ale jest ich sporo i czasami bardzo ich to hamuje w rozwoju.

7. TACK czyli dziekuje. Na kazdym kroku i na wiele sposobow. Czasami az za czesto. Wiedzieliscie, ze Szwedzi nie mowia: Podaj mi to, prosze tylko Podaj mi to, dziekuje? I tak to w jezyku szwedzkim dziekuje sie czesto.Nie wiem w zasadzie, czy samo dziekowanie az tak mi przeszkadza, ale niekiedy brakuje mi wladnie polskiego prosze, poprosze.

A i ja Wam niniejszym dziekuje za cierpliwosc w czytaniu mojego postu. Minelo nam 7 lat na Obczyznie. Mysle wiec, ze nie bedzie nietaktem napisanie, co nas tu uwiera. Moze jeszcze nie przywyklismy. A moze nigdy sie nie przyzwyczaimy do pewnych rzeczy. Co absolutnie nie zmienia faktu, ze wyjazd, decyzje o emigracji uwazamy za dobra decyzje dla naszej rodziny, tam, wtedy, z tych powodow, ktore nami kierowaly. To ze nie jest zawsze rozowo swiadczy tylko o tym, ze kraj-raj nie istnieje, jest utopia, ale kto by chcial mieszkac w utopii?

Wakacyjny projekt dedykujemy akcji „AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM” -Przemek Skokowski wyruszył autostopem z Gdańska na Antarktydę, by zebrać 100 tys. zł. na Fundusz Dzieci Osieroconych oraz na rzecz dzieci z Domowego Hospicjum dla dzieci im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku. Wciaz brakuje ponad 30 tys. Jeśli podoba Ci się nasz projekt, bardzo prosimy o wsparcie akcji dowolną kwotą.

Więcej info: PRZEMEK

Aby Was zachecic za każde 25 zł wpłacone na akcję „Autostopem dla Hospicjum” możecie wybrać pocztówkę z różnych miejsc na świecie! Lista krajów poniżej – czas tylko do końca listopada!

USA (Teksas, Miami, Centrum Kosmiczne im. Johna Kennedy’ego, NASA, Chicago)
Włochy (Perugia, Asyż, Rzym, Watykan, Turyn, Asti, Aosta, Florencja)
Bułgaria (Sofia)
Francja (Paryż, Strasbourg)
Niemcy (Dorstn, NRW, Berlin)
Belgia (Bruksela)
Hiszpania (Saragossa)
Maroko (Casablanca)
Australia (Perth)
Irlandia (Dublin)
Holandia (Hoorn)
Dodatkowo mamy dla Was pocztówki z takich krajów, jak: Wielka Brytania, RPA, SZWECJA (!!!), Szwajcaria, Irlandia, Holandia, Portugalia.

Wiecej informacji na STRONIE KLUBOWEJ.

Wczoraj o pewnych trudniach aklimatyzacyjnych w Holandii pisala ANNA GREGOROWICZ a juz… dzis (moj post planowany byl na poniedzialek, ktory chwile temu sie skonczyl) kolejny marudny post u DOROTY STRZELECKIEJ piszacej o pieknej Hiszpanii i Maroku.